Kamanda Lwowska

Maciej Nowak
30.04.2010 aktualizacja: 2010-11-23 14:26
A A A Drukuj
Kamanda Lwowska Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Śródmieście, ul. Foksal 10
Herbertowskie przesłanie, by o Lwowie ,,pamiętać, pamiętać, pamiętać"' chyba właśnie poddaje się kojącemu działaniu czasu. Rozmawiałem niedawno z młodymi ludźmi, którzy nie byli w stanie zlokalizować Lwowa na mapie. Rumunia? Słowacja? Ukraina? I nie były to matołki, ale uczniowie dobrego warszawskiego liceum. Można oczywiście załamywać ręce nad kiepską edukacją historyczną i geograficzną, ale czy naprawdę jest o co kruszyć kopie? Nostalgiczna legenda kresowego grodu ,,semper fidelis'' przemija, a dla naszego zbiorowego samopoczucia to chyba nie jest źle, że na liście narodowych ran ta jedna ładnie się goi.

O przygasaniu lwowskich sentymentów świadczy też los Kamandy Lwowskiej, knajpy, która od kilku miesięcy walczy o przetrwanie na warszawskim Foksalu. Byłem tam kilkukrotnie i za każdym razem po obszernym wnętrzu hulał głównie przeciąg. Daje to do myślenia, jako że lokal należy do właścicieli karczmy Banja Luka, którzy jak mało kto w warszawskiej gastronomii znają smak sukcesu frekwencyjnego. Bałkańskie klimaty przyciągają tłumy, lwowskie baciary - nielicznych klientów, i to mimo że Kamanda mieści się w najbardziej rozrywkowej okolicy naszego miasta. Oba lokale łączy też podobny biesiadno-rustykalny styl. Wnętrze Kamandy wypełnione jest dziesiątkami podrabianych pamiątek z dawnego Lwowa: mamy tu puste butelki po wódkach Baczewskiego, reprodukcje starych ogłoszeń i reklam, pożółkłe fotografie i wycinki z gazet. Ten nieco antykwaryczny, sentymentalny klimat jeszcze dwadzieścia lat temu wzbudzałby sensację. Dziś interesuje już chyba mało kogo. A że gości brak, to i kuchnia, pracująca na ćwierć gwizdka, specjalnie popisać się nie może.

Lwowskość tutejszego menu wyraża się głównie w onomastycznych piruetach, co dobitnie świadczy o zanikaniu kresowych tradycji. Pal sześć autentyczność, ważniejsze, by dania były przynajmniej jadalne. Z czystym sumieniem mogę polecić patelnię pełną gęsich żołądków z porami duszonymi w śmietanie (21 zł) oraz babę ziemniaczaną z boczkiem podaną w sosie grzybowym (17 zł). Smaczne były również pierogi z kaczką (24 zł) oraz sum na duszonej cebuli (39 zł). Obronił się sandacz na porach (44 zł) oraz żur na mące razowej (11 zł). Tutaj jednak kończy się linia obrony Kamandy Lwowskiej, brakuje argumentów i amunicji, by ją ocalić. Bo solianka (12 zł) w najmniejszym stopniu nie powinna przypominać pomidorówki z pokrojonymi w kostkę warzywami, a rakami rzecznymi w naleśnikach (23 zł) nie można nazywać rozgotowanych raków kanadyjskich z zalewy. Lin marynowany w lubczyku (21 zł) był nawet ciekawy w smaku, ale dopiero po zeskrobaniu gliniastej i grubej zaprawy z mąki. Kaczka wiejska (46 zł) i gicz cielęca (58 zł) czekały na gości w zamrażarce na tyle długo, że się zupełnie zdeformowały i odsmaczyły. Podżarka lwowska (36 zł), czyli bitki wieprzowe smażone z cebulą i boczkiem, nie chciała się poddać nożowi i widelcowi. To niemałe zgoła osiągnięcie uczynić świńskie medaliony niekrajalnymi i twardymi jak linoleum.

Ostatni akapit, ten, w którym najczęściej pojawiają się krwawe puenty, zarezerwowałem sobie tym razem na tutejszego tatara z koniny. Mięso to uwielbiam i cenię, ale niestety nie wtedy, gdy przybiera trupi, szary kolor. Tym bardziej że zgodnie z modą wykreowaną ostatnio przez rodzinę Gesslerów tatara owego kucharz przyrządza na oczach gościa. Śmiech, wywołany małpowaniem grepsów konkurencji zwalczyłem. Absmaku na widok nieświeżego mięsa - nie zdołałem.

Kamanda Lwowska, ul. Foksal 10, tel. 22 828 10 31, www.kamandalwowska.pl



Podziel się