Herezja
19.11.2010
aktualizacja: 2010-11-19 10:41
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Wola, ul. Chłodna 35/37
ZOBACZ TAKŻE
- Bezgraniczna (10-12-10, 06:00)
- Delizia (03-12-10, 06:00)
- Złoto Hiszpanii (12-11-10, 06:00)
- Tamka 43 (05-11-10, 06:00)
- Venezia (29-10-10, 06:00)
- Stary Dom (22-10-10, 06:00)
- Ekojadłodajnia (15-10-10, 06:00)
- Słoneczna Toskania w Sielance! (02-10-10, 11:33)
Trudno pisać o Chłodnej. Szczególnie na odcinku między Żelazną a Towarową przypomina gorejącą ranę. Pojedyncze stare kamienice, puste parcele, nieużywane tramwajowe tory, krzywy bruk, ciąg zapuszczonych pawilonów z zakładami usługowymi i mało popularnymi knajpami, monumentalny high-techowy koreański biurowiec i młodzieńcza energia klubokawiarni Chłodna 25 - to materiał do tragicznej, ale i pasjonującej opowieści o Warszawie ostatnich kilkudziesięciu lat. Uwielbiam Chłodną, choć wiem, że nie na wszystkich ta okolica działa równie magnetycznie. Gdy kilka dni temu podjeżdżaliśmy z J. taksówką do restauracji Herezja, mieszczącej się w pawilonowym ciągu, kierowca przypatrywał się nam uważnie w lusterku. W wieczornym, jesiennym mroku, wysiadając na pustej ulicy, wyglądaliśmy jak amatorzy mocnych wrażeń.
Ale i też przyznać trzeba, że wejście do Herezji w niewielkim stopniu przypomina wejście do restauracji. Mało reprezentacyjne, słabo oświetlone, trudne do znalezienia budzi raczej skojarzenia z klubem, do którego panowie wolą wchodzić incognito. Tymczasem nic bardziej mylnego! Forsujemy drzwi i oto odnajdujemy się w klimatycznym wnętrzu pełnym wschodniej ezoteryki, hinduskich antyków i natchnionych dźwięków. W sali restauracyjnej na wyłożonym poduszkami podwyższeniu każdego popołudnia koncertuje bowiem wirtuoz sitaru i dilruby, tradycyjnych hinduskich instrumentów.
Grana na żywo orientalna muzyka łatwo może zawrócić w głowie. Jeszcze łatwiej - tajskie jedzenie, które ma w Warszawie spore grono wielbicieli. W Herezji nie gotuje co prawda przybysz z Indochin, ale polska szefowa daje sobie radę z tymi smakami naprawdę niezgorzej. Dosmacza je z rozmachem, produktów nie żałuje, nie boi się orientalnych warzyw, docenia i rozumie słodko-słono-pikantną tonację tej kuchni. Spróbowaliśmy wszystkich umieszczonych w menu potrawy, wywodzących się z Tajlandii i skuchy nie zanotowaliśmy ani jednej. Świetne były klasyczne zupy na mleczku kokosowym (tom yum z krewetkami - 16 zł i tom kha kai z kurczakiem - 14 zł), rewelacyjna sałatka z krewetek i ryżu, serwowana w świeżym ananasie (22 zł). O doskonałość otarła się smażona pierś z kaczki z sałatką z mango (28 zł) oraz treściwy omlet z warzywami i owocami morza (31 zł). Również kurczak z orzechami nerkowca (34 zł), ryba w sosie chilli (29 zł), smażone lody (14 zł) i banany w cieście ryżowym z owocami liczi (15 zł) przywoływały wspomnienia szczęsnych chwil spędzonych nad Morzem Andamańskim.
Doskonałe wrażenia ze spotkania z kuchnią tajską burzy zupełnie niezrozumiały pomysł, by w karcie zawrzeć także specjały hinduskie. Ten dziwaczny miks nie budzi zaufania i jest raczej dowodem jakiejś niepotrzebnej zachłanności. Tym bardziej, że jednostajna mułowatość hinduskich potraw skazuje je od razu na klęskę w porównaniu z bujnymi, owocowymi i pikantnymi smakami Tajlandii. Jeszcze gorzej na tym tle wypadają bezstylowe banały kuchni europejskiej, nie wiadomo po jaki czort również dołączone do menu. Z tej części zamówiłem polecane przez kelnerkę placki ziemniaczane z gulaszem (29 zł), ale zdzierżyć ich nie byłem w stanie. Kawałki kurczaka w okropnym ketchupowym sosie są czymś absolutnie kompromitującym i aż wstyd, że wyszły spod tej samej ręki, co perfekcyjne i stylowe dania tajskie. Podobny dysonans czuć w ofercie programowej Herezji. Z jednej strony ambitny zamysł codziennych koncertów na oryginalnych hinduskich instrumentach, z drugiej - imprezy z tancerkami erotycznymi i chippendelsami. Nic z tego pomieszania stylów i tematów nie rozumiem. Czyżby jedynym oświeconym okazał się zdziwiony taksówkarz?

Ale i też przyznać trzeba, że wejście do Herezji w niewielkim stopniu przypomina wejście do restauracji. Mało reprezentacyjne, słabo oświetlone, trudne do znalezienia budzi raczej skojarzenia z klubem, do którego panowie wolą wchodzić incognito. Tymczasem nic bardziej mylnego! Forsujemy drzwi i oto odnajdujemy się w klimatycznym wnętrzu pełnym wschodniej ezoteryki, hinduskich antyków i natchnionych dźwięków. W sali restauracyjnej na wyłożonym poduszkami podwyższeniu każdego popołudnia koncertuje bowiem wirtuoz sitaru i dilruby, tradycyjnych hinduskich instrumentów.
Grana na żywo orientalna muzyka łatwo może zawrócić w głowie. Jeszcze łatwiej - tajskie jedzenie, które ma w Warszawie spore grono wielbicieli. W Herezji nie gotuje co prawda przybysz z Indochin, ale polska szefowa daje sobie radę z tymi smakami naprawdę niezgorzej. Dosmacza je z rozmachem, produktów nie żałuje, nie boi się orientalnych warzyw, docenia i rozumie słodko-słono-pikantną tonację tej kuchni. Spróbowaliśmy wszystkich umieszczonych w menu potrawy, wywodzących się z Tajlandii i skuchy nie zanotowaliśmy ani jednej. Świetne były klasyczne zupy na mleczku kokosowym (tom yum z krewetkami - 16 zł i tom kha kai z kurczakiem - 14 zł), rewelacyjna sałatka z krewetek i ryżu, serwowana w świeżym ananasie (22 zł). O doskonałość otarła się smażona pierś z kaczki z sałatką z mango (28 zł) oraz treściwy omlet z warzywami i owocami morza (31 zł). Również kurczak z orzechami nerkowca (34 zł), ryba w sosie chilli (29 zł), smażone lody (14 zł) i banany w cieście ryżowym z owocami liczi (15 zł) przywoływały wspomnienia szczęsnych chwil spędzonych nad Morzem Andamańskim.
Doskonałe wrażenia ze spotkania z kuchnią tajską burzy zupełnie niezrozumiały pomysł, by w karcie zawrzeć także specjały hinduskie. Ten dziwaczny miks nie budzi zaufania i jest raczej dowodem jakiejś niepotrzebnej zachłanności. Tym bardziej, że jednostajna mułowatość hinduskich potraw skazuje je od razu na klęskę w porównaniu z bujnymi, owocowymi i pikantnymi smakami Tajlandii. Jeszcze gorzej na tym tle wypadają bezstylowe banały kuchni europejskiej, nie wiadomo po jaki czort również dołączone do menu. Z tej części zamówiłem polecane przez kelnerkę placki ziemniaczane z gulaszem (29 zł), ale zdzierżyć ich nie byłem w stanie. Kawałki kurczaka w okropnym ketchupowym sosie są czymś absolutnie kompromitującym i aż wstyd, że wyszły spod tej samej ręki, co perfekcyjne i stylowe dania tajskie. Podobny dysonans czuć w ofercie programowej Herezji. Z jednej strony ambitny zamysł codziennych koncertów na oryginalnych hinduskich instrumentach, z drugiej - imprezy z tancerkami erotycznymi i chippendelsami. Nic z tego pomieszania stylów i tematów nie rozumiem. Czyżby jedynym oświeconym okazał się zdziwiony taksówkarz?
Herezja, ul. Chłodna 35/37, tel. 22 620 10 62, 503 074 175, można płacić kartą, niedostępne dla osób niepełnosprawnych
www.herezja.com
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]

