Natka

Maciej Nowak
01.04.2011 aktualizacja: 2011-03-30 22:09
A A A Drukuj
Fot. Jacek Lagowski / Agencja Gazeta
Dolny Mokotów, Belwederska 13
ZOBACZ TAKŻE
Rozpoczynam pisanie tego felietonu z narastającym poczuciem, że zamieniam się w psa rzeźnika. Postawa psa rzeźnika różni się zasadniczo od zachowań znanego wszystkim psa ogrodnika. Jak wiadomo, ten ostatni sam nie zje, a i drugiemu nie da. Pies rzeźnika ma zupełnie odmienną filozofię życiową: innym co prawda też nie daje, ale przede wszystkim sobie niczego nie odmawia. Żadnej smakowitej kosteczki, żadnego okrawka, przypadkowo zrzuconego na podłogę podczas kutrowania kiełbas. A jeśli ktoś próbowałby go w tym ubiec, poczuje siłę psich szczęk i ostrość kłów.

Pies rzeźnika obudził się we mnie kilka dni temu, gdy dzięki szeptanym wskazówkom dotarłem do restauracji Natka. Mieści się przy ul. Belwederskiej z witrynami wychodzącymi na park Morskie Oko. Lokal jest miniaturowych rozmiarów, tłoczy się w nim ledwie pięć stolików, więc psu rzeźnika zupełnie nie na rękę, że od dzisiaj będzie musiał warczeć i wykłócać się o miejsce, by zjeść najlepszy i chyba jedyny w naszym mieście befsztyk hache (29 zł). Zupełnie nie wiem, dlaczego ta potrawa nie gości w menu warszawskich knajp, a jest przecież dziecinnie prosta. To najzwyczajniejszy mielony, tyle że z mięsa wołowego (w Natce - z polędwicy), bez panierki i innych sklejaczy. Smak i soczystość wołowiny, a jednocześnie konsystencja pozwalająca na jedzenie samym widelcem. Rewelacja! Tuningowaną wersją steku hache jest bałkańska pljeskavica, która w Natce również reprezentuje poziom reprezentacyjny. Wielki kotlet pachnie dobrą oliwą i przypalonym grillem, jest pikantny i trochę cebulowy (29 zł). Pies rzeźnika nie umie też spokojnie myśleć o pulpetach jagnięcych (31 zł), podawanych na głębokim talerzu z podsmażonymi ziemniakami i ostrym sosem ze świeżych pomidorów. Wrrrrr... Uwaga! Ten pies jest zły!

Natka ma swoje wady. Mikroskopijna powierzchnia sprawia, że lepiej sprawdziłaby się tutaj niewielka, kilkudaniowa, często zmieniająca się karta, a nie menu, które notuje kilkadziesiąt pozycji. Tym bardziej że wszystko gotuje tylko jeden kucharz, będący jednocześnie właścicielem całego przedsięwzięcia. W obsłudze gości pomaga mu kilkunastoletni syn, debiutant w branży gastronomicznej. Od strony logistycznej nie brak chaosu, ale gdy widzisz, że produkty do kolejnych potraw szef przynosi na bieżąco ze znajdującego się obok warzywniaka, to w tym dziwnym organie wewnętrznym łączącym żołądek z sercem, robi się tak bardzo ciepło, cieplutko.

Łatwo mówić o małej karcie, ale co wyrzucić z dużej? Sznycel wiedeński wielkości talerza z towarzyszącą mu sałatką ziemniaczaną (23 zł)? Ani się ważcie! To kotlet jak z Prateru i bardzo proszę, żeby nikt nawet nie próbował zamachów na niego. Pies rzeźnika czuwa. Może zatem zrezygnować z risotta z szynką parmeńską (29 zł)? Wolne żarty! A hiszpanka (11 zł), czyli chłodna zupa z pomidorów i warzyw, mocno czosnkowa, mocno działająca na zmysły? Wypraszam sobie. Hiszpanka ma być! Podobnie jak żurek z pływającym w nim sadzonym jajkiem (9 zł) oraz ziemniaczkami na talerzu obok. Bogactwo Natkowych smaków skłoniło mnie do zamówienia sałaty. Była to co prawda sałatka cesarska (23 zł), ale jak państwo wiecie, do sałat nie nakłoni mnie nawet autorytet cesarza. Tym razem było jednak inaczej, bo połączenie sałaty lodowej z grzankami, oryginalnym serem gran paddano i kawałkami fileta z kurczaka dało wynik nadzwyczajny.

W Natce po raz pierwszy pojawiłem się w porze obiadu. Zjadłem, co się dało (a dało się dużo), ale pod wieczór porwały mnie inne obowiązki służbowe. Gdy już się skończyły, pomyślałem, że to odpowiednia pora, by udać się do Natki na kolację. Widząc mnie po raz drugi w ciągu tego samego dnia, szef jęknął: - Ale ja już prawie niczego nie mam. Zjadł pan wszystko! Na te słowa podniósł się surowy mężczyzna w sile wieku siedzący smętnie przy kufelku piwa: - A, to pan zjadł wszystko?! Wychodzimy na zewnątrz! Ścisnęło mnie w gardle, ale co było robić. Nadszedł czas, by nadstawić karku za wyznawane ideały. Wyszliśmy. Pan popatrzył na mnie ciężkim wzrokiem, podał paczkę papierosów. - Dziękuję, nie palę. On zaciągnął się głęboko i przyglądał mi się ironicznie. - I po co ta cała zgrywa...? Przecież nie zjadł pan wszystkiego! Zostały jeszcze kanapki tatarskie, bez których radzę nie opuszczać tego lokalu - rzekł donośnym tonem. Zawróciłem na pięcie i natychmiast wykonałem polecenie. To był strzał w dziesiątkę: na malutkich tartinkach ze zwykłego chleba leżały mięciutkie, pachnące, krwiste plastry świeżej polędwicy! Pies rzeźnika znalazł się w siódmym niebie.

Natka, ul. Belwederska 13, tel. 515 982 751, można płacić kartą, dostępne dla niepełnosprawnych, czynne codziennie od 12 do ostatniego gościa

Podziel się