Ale jaja! Nowaka opowieść wielkanocna

Maciej Nowak
22.04.2011 aktualizacja: 2011-04-21 22:32
A A A Drukuj
Fot. Krzysztof Duklas / AG
To jest prawdziwa "Opowieść wielkanocna", przeczytajcie ją, zanim zaczniecie katować siebie i całą rodzinę koniecznością zdobycia najmodniejszych jaj zielononóżki kuropatwianej.
Wszystko zaczęło się od Kasi Bosackiej, która na łamach "Wysokich Obcasów" oraz na antenie TVN Style ujawniła przed kilkoma tygodniami poważną aferę. Otóż producenci jaj szybko zwietrzyli interes w tym, że media i rozmaici domorośli eksperci (w tym ja) entuzjazmują się zielononóżkami kuropatwianych, które wydają z siebie skorupki wypełnione żółtkiem o rzekomo obniżonej zawartości cholesterolu. Skoro w ślad za entuzjazmem pojawił się też popyt, jajcarze natychmiast go zagospodarowali: półki eleganckich i drogich delikatesów zapełniły się klejnotami zielononóżek, które cenić się każą niewspółmiernie wyżej od standardowych niosek. Zwykły kurzy owoc kosztuje w granicach 20-30 gr, to od arystokratki w butelkowych pończochach - ponad 1 zł. Ludziska płacą jednak krocie i nie narzekają. Od nas, medialnych mądrali, wiedzą przecież, że nieduże i charakterne kurki nie dają się hodować w warunkach przemysłowych, a niosą się tylko co drugi dzień, więc siłą rzeczy kosztować muszą więcej. Ich stada nie powinny być większe niż 150-200 sztuk, wybiegi zaś - przestrzenne i pełne smakowitości w rodzaju trawek, kamyków i dżdżownic. Nie bez znaczenia jest również sentymentalny argument, że zielononóżka należy do tradycyjnych zwierząt gospodarskich polskiej wsi, więc kupowanie tych jaj to w pewnym sensie obowiązek wobec ojczyzny. Och, jak przyjemnie gaworzy się takie teksty w telewizyjnym studiu. A że nadwiślański konsument jest patriotą grzędy, skąd nasz ród, bronić będzie do upadłego.

Kasię Bosacką zastanowiła skala zielononóżkowego biznesu. Pogrzebała tu, podziobała tam, przepytała naukowców i odkryła prawdę wstrząsającą. Prawie połowa jaj, oferowanych jako pochodzące od zielononóżek, nie ma z nimi nic wspólnego. Zamiast niedużych i podłużnych jaj o kremowym ubarwieniu, sprzedaje się jaja śnieżnobiałe, duże, pękate, zresztą jakiekolwiek byleby tylko obrandowane zieloną metką. Zielononóżka rządzi! Zielononóżka gwiazdą polskich stołów i kurników! I może nawet nie byłoby o co robić afery, gdyby nie fakt, że kariera zielononóżek to typowa (nomen omen) wydmuszka, wykorzystująca powszechną histerię na tle zdrowego żywienia.

Skąd bowiem wzięło się przekonanie, że jaja zielononóżek mają niższą zawartość cholesterolu? Nic na to nie wskazuje, jest wręcz odwrotnie. Dr Przemysław Czekalski z Instytutu Zootechniki w Krakowie pisał w swojej rozprawie doktorskiej w roku 2004: ,,Największą koncentrację cholesterolu (mg/g żółtka) wykazano w jajach zielononóżek kuropatwianych...''. Dysertację tę podsunął mi prof. Kazimierz Jaszczak z Instytutu Genetyki i Hodowli Zwierząt PAN, specjalista od genetyki kur, który przy okazji rozwiewa potoczne mity o jajach. Twierdzi, że na ich cechy smakowe i odżywcze wpływa nie rasa kury, lecz sposób karmienia, a kolor skorupki świadczy wyłącznie o upodobaniach estetycznych klienta. Również kwestia cholesterolu jest dużo bardziej skomplikowana, niż może się wydawać na podstawie publikacji gazetowych felietonistów. Przed laty podjęto próbę wyselekcjonowania kur znoszących jaja o małej zawartości cholesterolu. Eksperyment przeprowadzany przez wiele kurzych pokoleń w zasadzie się udał, jaja miały coraz niższy poziom tego budzącego grozę lipidu, tyle że... kury stopniowo przestały się nieść. Obniżony cholesterol wyraźnie im nie służył.

Historia z zielononóżkami uczy jednego: jeśli nie chcemy być ofiarami bezwzględnego marketingu producentów żywności, porzućmy zmedykalizowane podejście do jedzenia i przestańmy przejmować się felietonami takimi jak ten. No, chyba że wierzycie szamanom od reklamy, którzy nawet na etykietce coca-coli umieścili ostatnio napis: ,,Naturalne aromaty. Bez dodatku substancji konserwujących od 1886''. Jeść trzeba to, co nam smakuje, a nie to, o czym czytamy, że jest zdrowe i lecznicze. Guru niemieckiej dietetyki prof. Udo Pollmer w wydanej niedawno przez PIW książce "Smacznego! Chorzy od zdrowego jedzenia", posuwa się wręcz do apelu, by zapomnieć o całym tym popkulturowym bełkocie żywieniowym, o witaminach, trójglicerydach, cholesterolach i kaloriach, bo zdrowy organizm sam najlepiej wie, na co ma ochotę. Na dwa dni przed wielkanocnymi dionizjami zrobiłem wam chyba niezły prezent? A jaja jedzcie po prostu świeże. Gdy po rozbiciu żółtko jest zwarte, a białko układa się w dwie orbity, mniejszą i większą, świąteczna jajecznica wyjdzie znakomita.

Podziel się