Więcej tekstów o chaotycznej zabudowie miasta znajdziesz w serwisie
'blokowiska' Architekt i urbanista z Francji Philippe Fayeton nakreślił mroczną przyszłość naszego miasta w tekście "Ta mała czarna kropka:
Warszawa, stolica wszechświata" (książka "W", wydawnictwo Fundacja Bęc Zmiana). Czytamy w nim: "Począwszy od XXI w., wszyscy uprzywilejowani mieszkańcy planety Ziemia podziwiali Warszawę i inwestowali tam swoje bogactwa w nadziei, że przyniosą jeszcze większe zyski. Zachłysnąwszy się odzyskaną wolnością, Polacy skupili się na rozwijaniu swoich pozytywnych cech (...) w celu polepszenia warunków życia. Ale zapomnieli, że jedyna prowadząca ku temu droga polega na dążeniu do sprawiedliwości społecznej, a nie rywalizacji pomiędzy losers i winners.
Warszawa zaczęła się rozwijać w bardzo szybkim tempie. Wkrótce » wolny rynek «wyeliminował z miasta klasy biednych, a później klasy średnie, które musiały się przenieść do dalekich przedmieść. Najbogatsi zaczęli się bać biednych i utworzyli gated communities, dzielnice otoczone elektronicznymi murami obronnymi. Przez pół ziemskiego wieku Warszawa była najsłynniejszym i najbogatszym miastem planety, a następnie zniknęła: globalne mocarstwa finansowe opuściły miasto z tych samych powodów, dla których tu przybyły”.
Kanada nad WisłąChoć opis Francuza wydaje się czystą fantazją, to w przesadzonej formie pokazuje jednak realny problem, który Warszawa musi rozwiązać.
O chaotycznym rozwoju miasta pisaliśmy przez dwa tygodnie w cyklu tekstów "Nowa Warszawa - nowe blokowisko". Duża w tym zasługa wielkich zachodnich firm budujących gdzie popadnie centra handlowe, biurowce i osiedla-sypialnie. Wykorzystują brak planów zagospodarowania i słabość władzy lokalnej, chcą swój "nieruchomościowy produkt" sprzedać z zyskiem jak najszybciej.
Trwa nieprzerwany exodus zamożniejszych warszawiaków ze starych bloków na nowe osiedla. Wyprowadzają się na peryferia, bo tam mogą kupić tańsze i większe
mieszkania. Tylko najbogatszych stać na nowy apartament w centrum, a zarazem z widokiem na zieleń, np. w budynku przy parku Łazienkowskim za 20 mln zł (przy ul. Parkowej). Przedstawiciele klasy średniej i krezusi zawsze trafiają do grodzonych lub przynajmniej strzeżonych enklaw, gdzie więzi sąsiedzkie są słabe. Pisaliśmy o donoszeniu ochronie, o tym, jak ludzie lżą się na forach osiedlowych.
Sen o lepszym życiu w zderzeniu z rzeczywistością coraz częściej bardziej przypomina horror niż bajkę. Dojazd do centrum z Józefosławia (między Piasecznem a Warszawą) trwa już nawet półtorej godziny. W Miasteczku
Wilanów lansowanym jako miasto ogród zieleni jest jak na lekarstwo. Brakuje szkoły, przedszkola, knajpy. Kontakt z kulturą wysoką czy popularną zapewnia pilot TV albo samochód, którym trzeba jechać do miasta lub centrum handlowo-rozrywkowego. Auto trzeba mieć, bo drogi są prowizoryczne i tak wąskie, że nie mogą nimi jeździć autobusy. Chyba że miasto zamówi specjalne mikrobusy, które mieszczą się nawet na wąskich uliczkach między blokowiskami os. Derby na Białołęce. Właśnie takie pojazdy zaczęły tam niedawno wozić pasażerów.
Przypomnieliśmy, że wszystko zaczyna się od kłamstwa, które stanowi fundament "nowego, lepszego świata". Deweloperzy oszustwo nazywają inaczej: marketing i reklama. Sprzedają nawet bloki monstra przy trasach szybkiego ruchu czy torach kolejowych jako "rajskie apartamenty". Na wizualizacjach osiedle Wiślane Ogrody całe tonie w zieleni, choć tuż obok jest bardzo ruchliwa Trasa AK. Podobnych przykładów podał wiele Michał Wojtczuk, którego tekst "Sztuczki deweloperów, czyli jak zapełnić osiedla" wzbudził ogromne zainteresowanie czytelników.
Niedługo na festiwalu Planete Doc Review będziemy mogli obejrzeć film kanadyjski "Życie na przedmieściach", który opowiada o tym samym - "o zderzeniu marzeń o własnym domu z rzeczywistością firm deweloperskich budujących osiedla molochy bez żadnej infrastruktury". To już bowiem problem globalny, nie tylko lokalny.
Parlament Europejski o żywioleRozlewanie się miasta na pola i łąki, a także kliny nawietrzające psuje miasto. Pogarsza standard życia wszystkich, zarówno mieszkańców dzielnic centralnych, którzy mają coraz dalej na dziewiczą "zieloną trawkę" niezniszczoną jeszcze przez dziką urbanizacją, jak i ludzi z peryferii, którzy zatruwają środowisko, stojąc w korkach, by się dostać samochodami do centrum. Bo w środku miasta jest prawie wszystko to, czego potrzebują do codziennego życia.
Ten problem nie dotyczy tylko
Warszawy. To bolączka metropolii na całym świecie. Nad zrównoważoną strategią rozwoju dyskutował w zeszłym roku Parlament Europejski. Wzywał państwa członkowskie, by pilnie zajęły się "kwestią żywiołowego rozprzestrzeniania się zabudowy miejskiej (urban sprawl)", która prowadzi do "fragmentacji przestrzeni przyrodniczej i postępującego zużycia powierzchni terenów".
Bez powstrzymania fali niekontrolowanego rozlewania się miasta grozi nam nie tylko koniec sensownej Warszawy, ale reakcja łańcuchowa małych apokalips, która doprowadzi ostatecznie do wielkiej. Na razie stołeczne władze problemem się nie zajęły.
Po co „Gazeta” zorganizowała akcję „Nowa Warszawa - nowe blokowisko”? - przeczytaj o naszym
krzyku o lepsze miasto