Komandosi biegiem w mrozie. 21 km w pełnym rynsztunku
13.02.2012
aktualizacja: 2012-02-12 17:44
Ciężkie wojskowe buty, mundur i 10-kilogramowy plecak - tak wyposażeni musieli być uczestnicy Trzeciego Półmaratonu Komandosa. W sobotę zmierzyli się z 21-kilometrową trasą w Kampinosie
ZOBACZ TAKŻE
- Sezon biegowy rozpoczęty. Wkrótce Półmaraton Warszawski (17-03-12, 19:00)
- Zobacz którędy pobiegnie Półmaraton [MAPA] (15-03-12, 12:00)
- Rekordowa popularność biegu: 13 minut i nie ma miejsc (14-03-12, 16:24)
- Muzeum Wojska Polskiego z maskującą rdzą (01-09-09, 10:00)
Godz. 12, stadion sportowy Wojskowej Akademii Technicznej przy ul. Kartezjusza 1. Tutaj jest start i meta zawodów. Uzbrojeni w manierki i żele energetyczne zawodnicy ruszają w stronę Kampinoskiego Parku Narodowego, gdzie na co dzień trenują żołnierze WAT. Przedstawiciele służb mundurowych, żołnierze, studenci uczelni wojskowych i cywile - w sumie 162 osoby, w tym jedynie pięć kobiet. - Sędziowie dokładnie sprawdzą, czy każdy dostosował się do regulaminu: cholewki butów muszą mieć przynajmniej 8 cali wysokości, a plecak ważyć minimum 10 kg - zapowiada dyrektor zawodów kpt. Andrzej Liśniewski, oficer WAT. - Mimo tych obostrzeń z roku na rok liczba uczestników półmaratonu się zwiększa. W zeszłym roku biegło nieco ponad 100 osób, a dwa lata temu tylko 80.
Niektórzy specjalnie na zawody przyjechali z odległych części Polski. Pan Zbigniew ze Szczecina - spędził w podróży kilkanaście godzin. Pan Miłosz wstał o 5 rano, żeby zdążyć na pociąg z Łodzi.
Mundurowi z ubiorem nie mieli problemu. Pozostali musieli się nieco natrudzić, żeby mundur zdobyć. - Strój pożyczyłem od kolegów, a buty kupiłem używane. Są jeszcze słabo rozchodzone, dlatego strasznie obtarłem stopy, chyba do krwi - opowiadał po zawodach Paweł Pakuła, pracownik Muzeum Wojska Polskiego.
- Ja w takich butach spędzam codziennie po 10 godzin, są dla mnie jak kapcie - zapewniał zdobywca drugiego miejsca podinspektor Maciej Wojciechowski z Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie.
Mniej trudności sprawiło dociążenie plecaków. Jedni wypchali je butelkami z wodą, inni odważnikami, piaskiem, a nawet makaronem, który ponoć świetnie się układa. Komandor Radosław Maślak z Gdyni pożyczył od żony magazyny dla kobiet - są cięższe od zwykłych gazet.
Niektórzy na trasie podjadali czekoladowe batoniki. Ci, którzy mieli wodę w pojemniku z rurką, niestety, nie mogli napić się wcale - płyn w nich zamarzał.
Największą trudnością okazały się zmrożone i oblodzone ścieżki.
Pierwszy z zawodników dotarł na metę już po godzinie, 26 min i 44 s. To szeregowy Błażej Brzeziński z Inspektoratu Wojskowych Sił Zbrojnych. Nie wyglądał na zmęczonego. - Całą trasę biegłem sam. Najbardziej bałem się o stopy, ponieważ pierwszy raz startowałem w takich ciężkich butach bez amortyzacji - mówił.
Trenuje od dziesięciu lat. W zeszłym roku zdobył tytuł Mistrza Polski w Dębnie.
Kilka minut po nim kolejni zawodnicy z oszronionymi czapkami i soplami lodu na włosach czy brodzie dobiegali do mety. Pierwsza kobieta - podchorąży Justyna Kępa z Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu - dobiegła ponad pół godziny później i zajęła 44. miejsce. Ostatni zawodnik dotarł na metę po ponad trzech godzinach.
Ale w tym biegu nie było przegranych. Wszyscy uczestnicy otrzymali pamiątkowe statuetki, a zwycięzcy medale. Wyjątkowo były cztery: złoty, srebrny, brązowy i przezroczysty.
Niektórzy specjalnie na zawody przyjechali z odległych części Polski. Pan Zbigniew ze Szczecina - spędził w podróży kilkanaście godzin. Pan Miłosz wstał o 5 rano, żeby zdążyć na pociąg z Łodzi.
Mundurowi z ubiorem nie mieli problemu. Pozostali musieli się nieco natrudzić, żeby mundur zdobyć. - Strój pożyczyłem od kolegów, a buty kupiłem używane. Są jeszcze słabo rozchodzone, dlatego strasznie obtarłem stopy, chyba do krwi - opowiadał po zawodach Paweł Pakuła, pracownik Muzeum Wojska Polskiego.
- Ja w takich butach spędzam codziennie po 10 godzin, są dla mnie jak kapcie - zapewniał zdobywca drugiego miejsca podinspektor Maciej Wojciechowski z Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie.
Mniej trudności sprawiło dociążenie plecaków. Jedni wypchali je butelkami z wodą, inni odważnikami, piaskiem, a nawet makaronem, który ponoć świetnie się układa. Komandor Radosław Maślak z Gdyni pożyczył od żony magazyny dla kobiet - są cięższe od zwykłych gazet.
Niektórzy na trasie podjadali czekoladowe batoniki. Ci, którzy mieli wodę w pojemniku z rurką, niestety, nie mogli napić się wcale - płyn w nich zamarzał.
Największą trudnością okazały się zmrożone i oblodzone ścieżki.
Pierwszy z zawodników dotarł na metę już po godzinie, 26 min i 44 s. To szeregowy Błażej Brzeziński z Inspektoratu Wojskowych Sił Zbrojnych. Nie wyglądał na zmęczonego. - Całą trasę biegłem sam. Najbardziej bałem się o stopy, ponieważ pierwszy raz startowałem w takich ciężkich butach bez amortyzacji - mówił.
Trenuje od dziesięciu lat. W zeszłym roku zdobył tytuł Mistrza Polski w Dębnie.
Kilka minut po nim kolejni zawodnicy z oszronionymi czapkami i soplami lodu na włosach czy brodzie dobiegali do mety. Pierwsza kobieta - podchorąży Justyna Kępa z Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu - dobiegła ponad pół godziny później i zajęła 44. miejsce. Ostatni zawodnik dotarł na metę po ponad trzech godzinach.
Ale w tym biegu nie było przegranych. Wszyscy uczestnicy otrzymali pamiątkowe statuetki, a zwycięzcy medale. Wyjątkowo były cztery: złoty, srebrny, brązowy i przezroczysty.
Najnowsze wiadomości z Bemowa
Najnowsze wiadomości z Warszawy








