Jak radny wszedł w ginekologię i położnictwo

Dominika Olszewska, Jan Fusiecki
03.09.2009 aktualizacja: 2009-09-02 20:00
A A A Drukuj
Andrzej Golimont Fot. Albert Zawada / AG
  • Andrzej Golimont
Andrzej Golimont, czołowa postać warszawskiego SLD, dołączył do rzeszy kolegów zatrudnionych z partyjnego klucza. Wziął intratną posadę w szpitalu ginekologiczno-położniczym przy Inflanckiej
SERWISY
Skończył politologię, pracował jako dyrektor handlowy w Pałacu Kultury i Nauki, zajmował się organizacją targów warszawskich. Teraz trafił do szpitalnictwa i grupy radnych, którzy zdaniem ekspertów nadużywają swojej pozycji politycznej, bo pracują w instytucjach zależnych od władz Warszawy.

Z pensją 10 tys. zł

Od 2007 r. Andrzej Golimont stał na czele rady społecznej szpitala ginekologiczno-położniczego przy ul. Inflanckiej (w ub. roku przyszło tu na świat 4 tys. dzieci, placówka zatrudnia ponad 200 osób). Z bezpłatnej funkcji zrezygnował na rzecz stanowiska, na którym zarabia ok. 10 tys. zł. Dziś jest pełnomocnikiem dyrektora szpitala ds. inwestycji.

- Andrzej Golimont pilnuje spraw związanych z rozbudową i reorganizacją szpitala. Pomaga również w kreowaniu naszego wizerunku - mówi dr Janusz Siemaszko, dyrektor szpitala.

Inflancka to szpital miejski, finansowany i nadzorowany przez władze Warszawy. Dlatego nominację Golimonta krytykują eksperci ds. samorządności.

- Widać, kadencja się kończy i radni robią, co mogą, aby załatwić sobie atrakcyjną posadę. Od lat mówimy, że jako osoby kontrolujące miejskie instytucje nie powinni się zatrudniać w miejscach od nich zależnych - mówi Grażyna Kopińska, szefowa programu "Przeciw korupcji" Fundacji Batorego.

Jej zdaniem sytuacja byłaby inna, gdyby radny pracował w szpitalu przed uzyskaniem społecznego mandatu. - A teraz można mieć podejrzenie, że nadużył swojej pozycji politycznej. W radzie miejskiej nie powinien już decydować o służbie zdrowia, bo trudno mu będzie zachować obiektywizm. Tym powinna zająć się komisja etyki - uważa Grażyna Kopińska.

Zatrudnienie Golimonta krytycznie oceniają radni, którzy nie zawdzięczają pracy swoim partiom. - Ja bym takiej propozycji nie przyjął - zapewnia Bartosz Dominiak (SdPl), szef komisji zdrowia rady miejskiej.

Za to polityczni przełożeni Golimonta nie widzą niczego nagannego w jego zatrudnieniu. - Andrzej zna się na służbie zdrowia. Jeśli może zrobić coś dla tego szpitala, to dobrze się stało - przekonuje Tomasz Sybilski, lider klubu SLD w radzie miasta.

Lancią na sygnale

Andrzej Golimont ma opinię komandosa warszawskiego SLD. Jego polemiki i artykuły nie pozostają bez wpływu na politykę personalną ratusza. Mimo że jest radnym rządzącej Warszawą koalicji, w ostatnim czasie bezpardonowo atakował wiceprezydenta Jarosława Kochaniaka, odpowiedzialnego za służbę zdrowia i prywatyzację. Zarzucał mu niekompetencję, oszukiwanie radnych, sugerował, że jest skorumpowany. Wiceprezydent poczuł się zniesławiony i złożył przeciwko radnemu pozew w sądzie. Jednak to Kochaniak został odsunięty od spraw służby zdrowia, a Golimont pozostał wpływowym radnym komisji zdrowia rady miasta.

Jest warszawskim radnym od 1994 r. W połowie lat 90., gdy stolicą rządziła koalicja SLD-UW, nikt nie miał wątpliwości, że pod pseudonimem Marcin Narwid pisuje w tygodniku "Nie" krytyczne artykuły o władzach Warszawy. Prezydenta Marcina Święcickiego nazywał "wychrzczonym na UWola byłym sekretarzem KC". Zasłynął też osobliwym pomysłem na jazdę po mieście: swoją prywatną granatową lancią szalał na sygnale z włączonym kogutem na dachu. Nie miał do tego uprawnień, ale jak mówili radni, zawsze chciał pracować w służbach specjalnych i bywało, że się przedstawiał się jako wysoki funkcjonariusz MSW. W 1999 r. dzięki partyjnym koneksjom dostał posadę szefa biura handlowego w spółce miejskiej Pałac Kultury i Nauki, mimo że nie miał wtedy dyplomu wyższych studiów. Pracę w kierowanym przez niego wydziale znalazła m.in. synowa gen. Czesława Kiszczaka. Wcześniej w kampanii wyborczej Golimont reklamował się w wyborach jako bliski współpracownik generała.

Rozmowa z Andrzejem Golimontem



DOMINIKA OLSZEWSKA: Jak to się stało, że dostał pan pracę w szpitalu ginekologicznym?

ANDRZEJ GOLIMONT: Dyrektor chciał, bym odciążył go w sprawach organizacyjnych. A że lubię wyzwania, to się zgodziłem.

A czy miało znaczenie, że jest pan radnym koalicji rządzącej?

- Moja przynależność partyjna nie miała tu nic do rzeczy. Dyrektor widział, że już w radzie społecznej bardzo zaangażowałem się w szpital.

Czym się pan zajmuje?

- Wszystkim tym, co nie dotyczy bieżącego działania szpitala.

To znaczy?

- Odpowiadam za przyszłe funkcjonowanie placówki. Doglądam rozbudowy szpitala. Zajmuję się przesadzaniem drzew, by do budynku mogła dojechać straż pożarna, czy spotkaniami z architektami. Wykonuję też wszystkie polecenia dyrektora.

A jakie ma pan doświadczenie z zarządzaniem inwestycjami w służbie zdrowia?

- Pracowałem przecież na dyrektorskim stanowisku w Pałacu Kultury.

Był tam pan dyrektorem handlowym...

- ...w PKiN to ja odpowiadałem za budowę lodowiska przy budynku czy zamontowanie słynnego zegara. Tu pracuję naprawdę ciężko, nawet po kilkanaście godzin dziennie. I sprawia mi to przyjemność.

Przeczytaj także: Całe Śródmieście broni swoich przychodni



Podziel się