Jak radny wszedł w ginekologię i położnictwo
03.09.2009
aktualizacja: 2009-09-02 20:00
Andrzej Golimont, czołowa postać warszawskiego SLD, dołączył do rzeszy kolegów zatrudnionych z partyjnego klucza. Wziął intratną posadę w szpitalu ginekologiczno-położniczym przy Inflanckiej
ZOBACZ TAKŻE
- Znana zaradna radna już poza radą Warszawy (28-08-09, 10:00)
- Miasto wyszło ze spółki KDT (28-08-09, 08:00)
- Sejm już bez barier. Teraz Warszawa i Polska (27-08-09, 07:00)
- Radni Piaseczna mają dość burmistrza (25-08-09, 08:00)
- Popularny ginekolog fałszował wyniki badań? (12-10-09, 10:00)
- Dramatyczne statystyki: Badajcie się na raka! (23-09-09, 11:00)
- Centrum urazowe będzie w szpitalu na Szaserów (22-09-09, 00:00)
- Uwaga! Zaczyna się sezon grypowy (19-09-09, 13:00)
- Przyjezdni, płaćcie podatki w stolicy (07-09-09, 09:00)
- Więcej łóżek dla rehabilitacji (07-09-09, 02:00)
- Przekształcą w spółkę szpital Bródnowski? (03-09-09, 18:13)
- Miejscy urzędnicy szkolą się za grube pieniądze (12-08-09, 09:30)
SERWISY
Skończył politologię, pracował jako dyrektor handlowy w Pałacu Kultury i Nauki, zajmował się organizacją targów warszawskich. Teraz trafił do szpitalnictwa i grupy radnych, którzy zdaniem ekspertów nadużywają swojej pozycji politycznej, bo pracują w instytucjach zależnych od władz Warszawy.
Z pensją 10 tys. zł
Od 2007 r. Andrzej Golimont stał na czele rady społecznej szpitala ginekologiczno-położniczego przy ul. Inflanckiej (w ub. roku przyszło tu na świat 4 tys. dzieci, placówka zatrudnia ponad 200 osób). Z bezpłatnej funkcji zrezygnował na rzecz stanowiska, na którym zarabia ok. 10 tys. zł. Dziś jest pełnomocnikiem dyrektora szpitala ds. inwestycji.
- Andrzej Golimont pilnuje spraw związanych z rozbudową i reorganizacją szpitala. Pomaga również w kreowaniu naszego wizerunku - mówi dr Janusz Siemaszko, dyrektor szpitala.
Inflancka to szpital miejski, finansowany i nadzorowany przez władze Warszawy. Dlatego nominację Golimonta krytykują eksperci ds. samorządności.
- Widać, kadencja się kończy i radni robią, co mogą, aby załatwić sobie atrakcyjną posadę. Od lat mówimy, że jako osoby kontrolujące miejskie instytucje nie powinni się zatrudniać w miejscach od nich zależnych - mówi Grażyna Kopińska, szefowa programu "Przeciw korupcji" Fundacji Batorego.
Jej zdaniem sytuacja byłaby inna, gdyby radny pracował w szpitalu przed uzyskaniem społecznego mandatu. - A teraz można mieć podejrzenie, że nadużył swojej pozycji politycznej. W radzie miejskiej nie powinien już decydować o służbie zdrowia, bo trudno mu będzie zachować obiektywizm. Tym powinna zająć się komisja etyki - uważa Grażyna Kopińska.
Zatrudnienie Golimonta krytycznie oceniają radni, którzy nie zawdzięczają pracy swoim partiom. - Ja bym takiej propozycji nie przyjął - zapewnia Bartosz Dominiak (SdPl), szef komisji zdrowia rady miejskiej.
Za to polityczni przełożeni Golimonta nie widzą niczego nagannego w jego zatrudnieniu. - Andrzej zna się na służbie zdrowia. Jeśli może zrobić coś dla tego szpitala, to dobrze się stało - przekonuje Tomasz Sybilski, lider klubu SLD w radzie miasta.
Lancią na sygnale
Andrzej Golimont ma opinię komandosa warszawskiego SLD. Jego polemiki i artykuły nie pozostają bez wpływu na politykę personalną ratusza. Mimo że jest radnym rządzącej Warszawą koalicji, w ostatnim czasie bezpardonowo atakował wiceprezydenta Jarosława Kochaniaka, odpowiedzialnego za służbę zdrowia i prywatyzację. Zarzucał mu niekompetencję, oszukiwanie radnych, sugerował, że jest skorumpowany. Wiceprezydent poczuł się zniesławiony i złożył przeciwko radnemu pozew w sądzie. Jednak to Kochaniak został odsunięty od spraw służby zdrowia, a Golimont pozostał wpływowym radnym komisji zdrowia rady miasta.
Jest warszawskim radnym od 1994 r. W połowie lat 90., gdy stolicą rządziła koalicja SLD-UW, nikt nie miał wątpliwości, że pod pseudonimem Marcin Narwid pisuje w tygodniku "Nie" krytyczne artykuły o władzach Warszawy. Prezydenta Marcina Święcickiego nazywał "wychrzczonym na UWola byłym sekretarzem KC". Zasłynął też osobliwym pomysłem na jazdę po mieście: swoją prywatną granatową lancią szalał na sygnale z włączonym kogutem na dachu. Nie miał do tego uprawnień, ale jak mówili radni, zawsze chciał pracować w służbach specjalnych i bywało, że się przedstawiał się jako wysoki funkcjonariusz MSW. W 1999 r. dzięki partyjnym koneksjom dostał posadę szefa biura handlowego w spółce miejskiej Pałac Kultury i Nauki, mimo że nie miał wtedy dyplomu wyższych studiów. Pracę w kierowanym przez niego wydziale znalazła m.in. synowa gen. Czesława Kiszczaka. Wcześniej w kampanii wyborczej Golimont reklamował się w wyborach jako bliski współpracownik generała.
DOMINIKA OLSZEWSKA: Jak to się stało, że dostał pan pracę w szpitalu ginekologicznym?
ANDRZEJ GOLIMONT: Dyrektor chciał, bym odciążył go w sprawach organizacyjnych. A że lubię wyzwania, to się zgodziłem.
A czy miało znaczenie, że jest pan radnym koalicji rządzącej?
- Moja przynależność partyjna nie miała tu nic do rzeczy. Dyrektor widział, że już w radzie społecznej bardzo zaangażowałem się w szpital.
Czym się pan zajmuje?
- Wszystkim tym, co nie dotyczy bieżącego działania szpitala.
To znaczy?
- Odpowiadam za przyszłe funkcjonowanie placówki. Doglądam rozbudowy szpitala. Zajmuję się przesadzaniem drzew, by do budynku mogła dojechać straż pożarna, czy spotkaniami z architektami. Wykonuję też wszystkie polecenia dyrektora.
A jakie ma pan doświadczenie z zarządzaniem inwestycjami w służbie zdrowia?
- Pracowałem przecież na dyrektorskim stanowisku w Pałacu Kultury.
Był tam pan dyrektorem handlowym...
- ...w PKiN to ja odpowiadałem za budowę lodowiska przy budynku czy zamontowanie słynnego zegara. Tu pracuję naprawdę ciężko, nawet po kilkanaście godzin dziennie. I sprawia mi to przyjemność.
Z pensją 10 tys. zł
Od 2007 r. Andrzej Golimont stał na czele rady społecznej szpitala ginekologiczno-położniczego przy ul. Inflanckiej (w ub. roku przyszło tu na świat 4 tys. dzieci, placówka zatrudnia ponad 200 osób). Z bezpłatnej funkcji zrezygnował na rzecz stanowiska, na którym zarabia ok. 10 tys. zł. Dziś jest pełnomocnikiem dyrektora szpitala ds. inwestycji.
- Andrzej Golimont pilnuje spraw związanych z rozbudową i reorganizacją szpitala. Pomaga również w kreowaniu naszego wizerunku - mówi dr Janusz Siemaszko, dyrektor szpitala.
Inflancka to szpital miejski, finansowany i nadzorowany przez władze Warszawy. Dlatego nominację Golimonta krytykują eksperci ds. samorządności.
- Widać, kadencja się kończy i radni robią, co mogą, aby załatwić sobie atrakcyjną posadę. Od lat mówimy, że jako osoby kontrolujące miejskie instytucje nie powinni się zatrudniać w miejscach od nich zależnych - mówi Grażyna Kopińska, szefowa programu "Przeciw korupcji" Fundacji Batorego.
Jej zdaniem sytuacja byłaby inna, gdyby radny pracował w szpitalu przed uzyskaniem społecznego mandatu. - A teraz można mieć podejrzenie, że nadużył swojej pozycji politycznej. W radzie miejskiej nie powinien już decydować o służbie zdrowia, bo trudno mu będzie zachować obiektywizm. Tym powinna zająć się komisja etyki - uważa Grażyna Kopińska.
Zatrudnienie Golimonta krytycznie oceniają radni, którzy nie zawdzięczają pracy swoim partiom. - Ja bym takiej propozycji nie przyjął - zapewnia Bartosz Dominiak (SdPl), szef komisji zdrowia rady miejskiej.
Za to polityczni przełożeni Golimonta nie widzą niczego nagannego w jego zatrudnieniu. - Andrzej zna się na służbie zdrowia. Jeśli może zrobić coś dla tego szpitala, to dobrze się stało - przekonuje Tomasz Sybilski, lider klubu SLD w radzie miasta.
Lancią na sygnale
Andrzej Golimont ma opinię komandosa warszawskiego SLD. Jego polemiki i artykuły nie pozostają bez wpływu na politykę personalną ratusza. Mimo że jest radnym rządzącej Warszawą koalicji, w ostatnim czasie bezpardonowo atakował wiceprezydenta Jarosława Kochaniaka, odpowiedzialnego za służbę zdrowia i prywatyzację. Zarzucał mu niekompetencję, oszukiwanie radnych, sugerował, że jest skorumpowany. Wiceprezydent poczuł się zniesławiony i złożył przeciwko radnemu pozew w sądzie. Jednak to Kochaniak został odsunięty od spraw służby zdrowia, a Golimont pozostał wpływowym radnym komisji zdrowia rady miasta.
Jest warszawskim radnym od 1994 r. W połowie lat 90., gdy stolicą rządziła koalicja SLD-UW, nikt nie miał wątpliwości, że pod pseudonimem Marcin Narwid pisuje w tygodniku "Nie" krytyczne artykuły o władzach Warszawy. Prezydenta Marcina Święcickiego nazywał "wychrzczonym na UWola byłym sekretarzem KC". Zasłynął też osobliwym pomysłem na jazdę po mieście: swoją prywatną granatową lancią szalał na sygnale z włączonym kogutem na dachu. Nie miał do tego uprawnień, ale jak mówili radni, zawsze chciał pracować w służbach specjalnych i bywało, że się przedstawiał się jako wysoki funkcjonariusz MSW. W 1999 r. dzięki partyjnym koneksjom dostał posadę szefa biura handlowego w spółce miejskiej Pałac Kultury i Nauki, mimo że nie miał wtedy dyplomu wyższych studiów. Pracę w kierowanym przez niego wydziale znalazła m.in. synowa gen. Czesława Kiszczaka. Wcześniej w kampanii wyborczej Golimont reklamował się w wyborach jako bliski współpracownik generała.
Rozmowa z Andrzejem Golimontem
DOMINIKA OLSZEWSKA: Jak to się stało, że dostał pan pracę w szpitalu ginekologicznym?
ANDRZEJ GOLIMONT: Dyrektor chciał, bym odciążył go w sprawach organizacyjnych. A że lubię wyzwania, to się zgodziłem.
A czy miało znaczenie, że jest pan radnym koalicji rządzącej?
- Moja przynależność partyjna nie miała tu nic do rzeczy. Dyrektor widział, że już w radzie społecznej bardzo zaangażowałem się w szpital.
Czym się pan zajmuje?
- Wszystkim tym, co nie dotyczy bieżącego działania szpitala.
To znaczy?
- Odpowiadam za przyszłe funkcjonowanie placówki. Doglądam rozbudowy szpitala. Zajmuję się przesadzaniem drzew, by do budynku mogła dojechać straż pożarna, czy spotkaniami z architektami. Wykonuję też wszystkie polecenia dyrektora.
A jakie ma pan doświadczenie z zarządzaniem inwestycjami w służbie zdrowia?
- Pracowałem przecież na dyrektorskim stanowisku w Pałacu Kultury.
Był tam pan dyrektorem handlowym...
- ...w PKiN to ja odpowiadałem za budowę lodowiska przy budynku czy zamontowanie słynnego zegara. Tu pracuję naprawdę ciężko, nawet po kilkanaście godzin dziennie. I sprawia mi to przyjemność.
Przeczytaj także: Całe Śródmieście broni swoich przychodni
-
Jak radny wszedł w ginekologię i położnictwo
militaro
03.09.09, 11:17
Z oczu to czysty Dzierżyński ;-)»
-
Jak radny wszedł w ginekologię i położnictwo
michelange75
03.09.09, 12:50
Stare powiedzenie mowi;- Kiedy swinia raz dorwie sie do koryta ciezko jest ja z tamtad oderwac.Nic dodac nic ujac.Niesamowite ze dzieje sie to w bialy dzien,w swietle refrektorow,za »
-
widać radny wiecej daje i bierze
czarny-misio
04.09.09, 20:15
dlatego trwa»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Miał być ważny węzeł, ale zniknął. Gdzie jest Konotopa?
- Piątek na ulicach Warszawy [25.05.2012]
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Centrum tonie w reklamach. Najbrzydsze rondo w mieście?
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]




