Wypadek na Hawajach odmienił jego życie

Wojciech Karpieszuk
06.10.2009 aktualizacja: 2009-10-05 21:52
A A A Drukuj
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta
Niespełna 30-latek prowadzi dziś największe centrum rehabilitacyjne w Warszawie. Porusza się na wózku, herbatę pije przez słomkę. Kilka lat temu był młodym yuppie. I nagle wypadek na Hawajach. Diagnoza lekarzy: jak przeżyje, nie będzie samodzielnie oddychać.
SERWISY

Zrób to w Warszawie: z Agnieszką Kowalską i Łukaszem Kamińskim



Z Sebastianem Lutym spotykamy się w centrum rehabilitacyjnym, które prowadzi jego fundacja Avalon. Nowoczesny sprzęt, materace, podnośniki. Jeszcze pięć lat temu Sebastian był współwłaścicielem firmy pośredniczącej w ubezpieczeniach. Robił studia MBA w SGH. Uprawiał sporty ekstremalne. Świat należał do niego. - Pracowałem od drugiego roku studiów. Nasza firma zatrudniała 40 osób, a o egzaminach w sesji przypominały mi sekretarki. Ale czułem, że to nie jest to, co chcę robić - opowiada.

Wyjazd na pół roku na Hawaje. Poznał dziewczynę. Zdecydował, że przeniesie się tam na dobre. Do Polski wpadł zamknąć swoje sprawy. W grudniu 2004 roku wrócił na Hawaje. Miał zacząć nowe życie. Następnego dnia po przyjeździe zdarzył się wypadek. Sebastian wbiegał do wody i rzucił się na fale. Niefortunny skok. - Woda mnie unosiła, nie mogłem się ruszyć. Nie mogłem się przewrócić, topiłem się - wspomina. Co było później, nie pamięta. Świadomość odzyskał dopiero po dwóch tygodniach. Był po trzech operacjach. Miał złamany kręgosłup. Nie chodził, nie ruszał rękami. Lekarze nie dawali wielkich nadziei: jak przeżyje, to nigdy nie będzie samodzielnie oddychać. Ale po trzech miesiącach Sebastiana odłączono od maszyny wspomagającej oddychanie. Przesiadł się na wózek. Wrócił do Polski. - Wiedziałem, że moje życie się zmieni. Ale wierzyłem, że dwa, trzy miesiące intensywnych ćwiczeń i dojdę do siebie.

Ogromne pieniądze trzeba była zapłacić za leczenie na Hawajach. W Polsce dostał 500 zł renty. Na rehabilitację też potrzebne były pieniądze. Pomoc zaoferowali znajomi - założyli fundację Przyjaciele Sebastianowi i kwestowali, gdzie się da, organizowali licytacje podpisów piłkarzy Legii i dzieł sztuki. - Wtedy też lekarze powiedzieli mi: nie wiemy, kiedy zaczniesz chodzić, nie wiemy, czy uraz jest odwracalny - mówi Sebastian.

Z czasem pojawiła się chęć działania. Chciał wykorzystać zdolności organizacyjne i biznesowe doświadczenie. Postanowił, że ze sprzętu zakupionego za zebrane dla niego pieniądze będą też korzystać inni niepełnosprawni. Tak powstała fundacja Avalon. - Wiedziałem, czego osoba niepełnosprawna potrzebuje. Sam przeszedłem przez wszystkie stadia niepełnosprawności. Nie może być tak, że trzeba czekać na bezpłatną rehabilitację z NFZ kilka miesięcy. Rehabilitacja to podstawa powrotu do społeczeństwa.

W sierpniu jego fundacja wygrała konkurs na prowadzenie bezpłatnej rehabilitacji. Z PFRON otrzymali dofinansowanie. Pieniędzy wystarczy na trzy lata. Z prywatnego mieszkania przenieśli się do dużego lokalu w centrum handlowym Panorama na Mokotowie. Na dobre ruszyli we wrześniu. W fundacji pracuje obecnie 11 rehabilitantów. Mają najnowocześniejszy sprzęt. Duma Sebastiana to oprzyrządowanie do treningu feedback - pacjent jest podłączony do poruszającej nogami maszyny. Jednocześnie ogląda film z wyścigów kolarskich. Czuje się tak, jakby to on sam jechał w tym wyścigu. Stara się pedałować.

Jeszcze w tym roku mogą pomóc ponad 360 osobom. Pracują na dwie zmiany. Ciągle szukają chętnych na rehabilitację. Nie ma kolejek. - Z centrum korzystają ludzie, którzy od lat nie wychodzili z domów. Z nich jestem najbardziej dumny - mówi szef fundacji. Sam stara się ćwiczyć kilka godzin dziennie. - Najpierw lekarze mówili, że nie przeżyję, później, że nie będę samodzielnie oddychać. Dziś mówią, że nie będę chodzić. Nie wierzę w to - powtarza.

Więcej na www.fundacjaavalon.pl i pod telefonem: 022 640 14 64.

Przeczytaj także: Przychodnia: "Nie leczymy, bo nie płacą"



Podziel się