Warszawa została bez śmigłowca ratunkowego

Grzegorz Lisicki
20.11.2009 aktualizacja: 2009-11-20 22:04
A A A Drukuj
Rozbity śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Awaria po lądowaniu spowodowała, że śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego omal nie rozpadł się na kawałki. Obaj piloci są ranni
To miał być rutynowy lot. Dwóch pilotów wystartowało, by sprawdzić umiejętności w obowiązkowym, corocznym egzaminie dającym uprawnienia do pilotażu maszyny. Wszystko przebiegało bez problemów. Piloci ćwiczyli lot na jednym silniku. Drugi był nieczynny, co miało symulować awarię. O godz. 14.30 maszyna dotknęła kołami ziemi na lotnisku na Bemowie, a piloci zaczęli wyłączanie systemów. Procedura przewiduje, by robić to przy obu uruchomionych silnikach. Po włączeniu drugiego maszyna nagle wpadła w wibracje.

- To bardzo rzadkie zjawisko, tzw. rezonans przyziemienia - mówi Robert Gałązkowski, dyrektor pogotowia lotniczego. Nie udało się poderwać maszyny - wibracje były tak silne, że łopaty silnika obcięły ogon śmigłowca. Dwóch pilotów (egzaminowany i instruktor) odnieśli obrażenia. - Na szczęście byliśmy w pobliżu, mogliśmy im od razu pomóc - opowiada Leszek Sawicki, pilot pogotowia, który wyciągał kolegów z wraku. Jednego z nich z obrażeniami kręgosłupa karetka przewiozła do szpitala wojskowego przy ul. Szaserów. Drugi, lżej ranny, pojechał do Szpitala Bielańskiego.

Wrak maszyny został na lądowisku. To była czteroletnia żółta Agusta A109E, niezwykle zwinny śmigłowiec, którego lądowania często można było obserwować np. przy szpitalu na Banacha. Jedyna tego typu maszyna w Polsce kilka miesięcy temu przeszła kapitalny przegląd w Belgii. - Ale bardzo często zdarzały się usterki, przyjeżdżali do niej nawet specjaliści z tego kraju. Zdarzały się np. problemy z kołem ogonowym - przypomina Robert Gałązkowski. Zaprzecza jednak, że te usterki były przyczyną piątkowego wypadku.

Obaj piloci czują się dobrze - jeden z nich wciąż przebywa w szpitalu, drugi po opatrzeniu wrócił do siedziby pogotowia lotniczego przy ul. Księżycowej na Chomiczówce i po południu wraz ze specjalistami Państwowej Komisji Wypadków oglądał wrak.

Nie wiadomo jednak, na czym będą latać piloci. Agusta była jedyną maszyną zabezpieczającą dyżury pogotowia lotniczego w Warszawie i okolicach. To oznacza, że ofiary np. wypadków drogowych w ciężkim stanie będą musiały być przewożone do szpitala zwykłymi karetkami, co trwa o wiele dłużej. - Będziemy musieli sztukować potrzeby stolicy śmigłowcami z Płocka, Lublina, Łodzi czy Kielc - przewidują w pogotowiu lotniczym.

Co prawda w Polsce są już śmigłowce Eurocopter, ale nie mogą jeszcze wejść do służby - ich piloci wciąż się szkolą. - Muszą też wylatać 30 godzin, także w nocy, przejść lądowania w tzw. terenie przygodnym - wylicza dyrektor Gałązkowski. Pierwsza baza Eurocopterów miała powstać dopiero na początku grudnia i to w Krakowie, a później w Szczecinie. Warszawa miała dostać swój Eurocopter w połowie 2010 r. - Ale już w przyszłym tygodniu będziemy wiedzieć, jak zabezpieczymy potrzeby stolicy tym sprzętem, który mamy - zapewnia Robert Gałązkowski.

Przeczytaj także: Śmigłowiec LPR rozbił się na Bemowie



Podziel się

  • Super śmigłowiec i takie zdarzenie? m.klimas 20.11.09, 21:11

    To jeden z najnowocześniejzych śmigłowców ratowniczych, stworzony na warunki alpejskie. Jak to sie stało, że przy zwykłym ćwiczeniu jednego z trybów działania, w którym powinien sobie »

  • Re: Warszawa przez miesiąc bez pogotowia lotnicze zegrz 20.11.09, 22:21

    Zamknięci to powinni zostać ci co pozwolili bloki przy lotnisku wybudować.A zaraz za nimi ci co przy lotnisku zamieszkali.»