Sztuczna nerka stoi w kącie, zamiast ratować pacjentów

Wojciech Grejciun
07.09.2010 aktualizacja: 2010-09-06 20:49
A A A Drukuj
Sprzęt w szpitalu Fot. Grażyna Jaworska / Agencja Gazeta
Nowe fakty w sprawie nieprawidłowości w Szpitalu Czerniakowskim. Lecznica nie wykorzystywała aparatury którą posiada.
SERWISY
Chodzi o sztuczną nerkę. Powinny ją mieć szpitalne oddziały intensywnej terapii. Na taki oddział przy ul. Stępińskiej przywieziono pacjenta (jego przypadek opisaliśmy w zeszłym tygodniu), którego należało podłączyć do tego urządzenia. Żonie chorego lekarze powiedzieli, że szpital go nie ma. Karetka przewiozła pacjenta gdzie indziej. Dyrekcja szpitala tłumaczyła potem, że będzie wyjaśniać sprawę, bo sztuczną nerkę ma, tylko nie zawsze jest używana.

Jednak pracownik szpitala, z którym spotkaliśmy się po rozmowie z dyrekcją, twierdzi, że sztuczna nerka w Czerniakowskim w ogóle nie jest wykorzystywana. - Stoi w kącie, nawet nie jest podłączona. Jej uruchomienie jest niemożliwe technicznie. W szpitalu nie ma odpowiedniego źródła uzdatnionej wody, ta z wodociągów się nie nadaje - mówi nasz informator.

Sztuczna nerka, nawet nieużywana, zapewnia szpitalowi kontrakt z NFZ. - Z naszych dokumentów wynika, że szpital ma takie urządzenie. Nie mamy kompetencji, by sprawdzać czy działa - mówi Wanda Pawłowicz, rzeczniczka mazowieckiego NFZ. Taki nadzór w szpitalach prowadzi Mazowieckie Centrum Zdrowia Publicznego, które podlega wojewodzie. - Przyjrzymy się tej sprawie - zapowiada jego rzeczniczka Ivetta Biały.

Nieprawidłowości w Czerniakowskim zaczęły wychodzić po tym, jak opisaliśmy historię śmierci Ewy Trautman. Kobieta trafiła tu na oddział ratunkowy. Weekend brakowało radiologa, choć być powinien. Nikt nie potrafił opisać zdjęć z tomografu, co jest potrzebne do postawienia diagnozy i odpowiedniego leczenia. Opis powstał dopiero po pięciu dniach. Kobieta, choć przewieziona do innego szpitala, zmarła kilka dni później.

W Czerniakowskim zanim postawiono jej diagnozę, opis zdjęć, kilkakrotnie się zmieniał - tak wynika z dokumentów, które zdobyli prawnicy rodziny pacjentki. Sprawą śmierci kobiety zajmuje się prokuratura. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że nie ma śladu po kolejnych modyfikacjach w opisie zdjęć z tomografu. - Jest pewna różnica w dokumentach, które zabezpieczyliśmy, i w tych, które dostaliśmy od rodziny. Ale za wcześnie, aby mówić, że szpital coś zataił - mówi Paweł Wierzchowski, zastępca prokuratora rejonowego Warszawa-Mokotów.

Podziel się