Dyrektor Szpitala Czerniakowskiego podał się do dymisji

Wojciech Grejciun
07.12.2010 aktualizacja: 2010-12-08 08:52
A A A Drukuj
Izba przyjęć Szpitala Czerniakowskiego Fot. Albert Zawada / AG
Dyrektor Szpitala Czerniakowskiego przy ul. Stępińskiej podał się do dymisji - poinformował stołeczny ratusz, potwierdzając wczorajsze informacje "Gazety". To kolejny szpital, który Leszek Wójtowicz opuszcza w atmosferze skandalu.
Wiceprezydent Jacek Wojciechowicz spotkał się z dyrektorem szpitala przy Stępińskiej. „Leszek Wójtowicz oddał się do dyspozycji i poprosił o zgodę na rozwiązanie umowy o pracę. W trosce o dobro pacjentów i wizerunek szpitala prośba została przyjęta. Dyrektor będzie pełnił obowiązki do 17 grudnia ze względu na trwający proces negocjacji kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia” - napisał ratusz w komunikacie rozesłanym do mediów.

Miasto: To powszechne problemy

Urzędnicy po raz pierwszy poinformowali też o wynikach prowadzonej przez miasto kontroli w Czerniakowskim. Wcześniej szpital sprawdzał m.in. mazowiecki NFZ, który wytknął dziesiątki nieprawidłowości, które miały miejsce w lecznicy. Nałożył blisko 250 tys. kary i ograniczył kontrakty na leczenie.

Ale miasto sprawy nie widzi tak jednoznacznie jak NFZ. "Część z uchybień wynikała z następstwa powszechnych w Polsce problemów w publicznej służbie zdrowia, m.in. kadrowych - czytamy w komunikacie. - W tych przypadkach opracowano w szpitalu procedury zapasowe, jak np. dyżury pod telefonem czy telemedycyna, które jednak nie zawsze były w praktyce realizowane przez personel" - przyznaje ratusz.

Dymisja ma związek z artykułami publikowanymi w „Gazecie”. Opisaliśmy historię 44-letniej Ewy Trautman, która zasłabła na ulicy i przez cztery dni leżała przy Stępińskiej bez opisu zdjęć z tomografu - w weekend nie było radiologów, choć powinni być. Śmierć spowodowały rozległe udary mózgu. Również w weekend do Szpitala Czerniakowskiego trafił 65-letni Zbigniew Kaliński, też nie opisano jego zdjęć z tomografu. W dodatku na oddziale zaraził się groźną bakterią. Zmarł.

Zanim Wójtowicz podał się do dymisji, zwolnił swoich zastępców, pozostawiając ich na innych kierowniczych stanowiskach.

Nie wiadomo, kto od połowy grudnia będzie kierował Czerniakowskim.

Nie chodziło tylko o Warszawę

Leszek Wójtowicz przyjechał do Warszawy w drugiej połowie 2004 r. i objął nieistniejący już dziś szpital przy ul. Goszczyńskiego na Mokotowie. Odszedł dwa lata później po zamknięciu szpitala przez miasto, gdy budynek odzyskał zakon elżbietanek i zażądał czynszu.

Wójtowicz został dyrektorem Szpitala Czerniakowskiego.

Jednak wcześniej, zaraz po objęciu szpitala przy Goszczyńskiego, dziennikarze stacji TVN i "Rzeczpospolitej" dotarli do treści oświadczenia złożonego przez dyrektora w ratuszu kierowanym wtedy przez Lecha Kaczyńskiego. Świeżo upieczony dyrektor Czerniakowskiego miał napisać, że nie toczy się przeciwko niemu żadne postępowanie prokuratorskie. A to okazało się nieprawdą. Prokuratura w Żninie koło Bydgoszczy zarzucała Wójtowiczowi, że jako szef szpitala w Żninie nienależycie zarządzał finansami. "Współpracownicy wspominają o prywatnych podróżach dyrektora finansowanych ze szpitalnej kasy. Była główna księgowa podbydgoskiego szpitala Ewa K., która podlegała Wójtowiczowi, została aresztowana. Miała bowiem prowadzić działalność na szkodę szpitala, narażając go na 65 tys. zł straty" - pisała "Rz".

Ale Wójtowicz twierdził, że nie zataił tych informacji. - Myślałem, że chodzi o moją działalność w Warszawie - tłumaczył w mediach.

Ratusz deklarował, że dyrektor straci stanowisko. - Zastosowaliśmy artykuł 52, bo było to świadome wprowadzenie w błąd przełożonego - mówił wówczas wiceprezydent Władysław Stasiak. Stało się inaczej, decyzją prezydenta dyrektor ocalił stanowisko.

W tym czasie prokuratura w Żninie skierowała akt oskarżenia przeciwko Leszkowi Wójtowiczowi i Ewie K. do sądu. W 2006 r. tamtejszy sąd rejonowy skazał Wójtowicza na rok i trzy miesiące więzienia z zawieszeniem na dwa lata, a także 1,8 tys. zł kary. Ewa K. dostała dwa lata z zawieszeniem na pięć lat. Mimo apelacji wyroki skazujące podtrzymał Sąd Okręgowy w Bydgoszczy.

Już wcześniej Leszek Wójtowicz z innych szpitali, którymi kierował, też odchodził w ciężkiej atmosferze. Kilka miesięcy w 2003 r. był dyrektorem lecznicy w Węgorzewie na Mazurach. - Został odwołany przez starostę. Nie dogadali się. Z tego, co pamiętam, Leszek miał wysokie oczekiwania finansowe, chciał przywilejów, co było w małym miasteczku absurdalne - opowiada lekarz i wieloletni samorządowiec z Warmińsko-Mazurskiego. Wspomina również, jak Wójtowicz znalazł się na Mazurach. - Przyjechał z Kołobrzegu, jak nam wtedy mówił: „wyleciał stamtąd z powodów politycznych”. A słynął z mocno prawicowych poglądów, jednak potrafił się odnaleźć w każdych okolicznościach.

Leszek Wójtowicz nie odbierał wczoraj telefonu.

Podziel się