Tatuaż: kocham czy nienawidzę? Rozstrzygnięcie

red.
2009-09-23 aktualizacja: 2009-09-24 18:10
A A A Drukuj
  • Irek Tarnowski - tatuaż jeszcze przed skończeniem
  • Renata Wójcik i jej tatuaż
  • Renata Wójcik i jej tatuaż
  • Ewelina Duleńska i jej tatuaż
Ogłaszamy wyniki naszego wielkiego konkursu.
ZOBACZ TAKŻE
Uwaga, uwaga! Ogłaszamy wyniki naszego konkursu: "Tatuaż: kocham czy nienawidzę?" Z wyborem zwycięzcy mieliśmy ogromne problemy. Na konkurs przyszło ponad 100 prac. Wiele ciekawych, osobistych historii. Niektóre romantyczne, inne smutne, jeszcze inne zabawne. Więcej listów opublikujemy już wkrótce. A dziś ogłaszamy nazwiska zwycięzców. Publikujemy ich listy i zdjęcia.
Serdecznie gratulujemy!
Redakcja serwisu warszawa.gazeta.pl.

Nagroda główna - Laptop

Nagrodę otrzymuje: Irek Tarnowski

Daleki jestem od jednoznacznego opowiadania się po stronie miłośników, bądź przeciwników tatuażu, jednak muszę przyznać że należę do sporych entuzjastów całego zjawiska. Nie istnieje konkretny tatuaż, który bym kochał lub nienawidził; niektóre mi się bardzo podobają (zwłaszcza duże i kolorowe), inne wzbudzają niesmak. Jedynymi do których mam emocjonalne podejście, są moje własne tatuaże, ale o nich co najwyżej mogę powiedzieć że je lubię. Od ponad roku jestem szczęśliwym posiadaczem tatuaży na piersi i górnej części pleców, a jestem nieomal pewien, że na tym cała zabawa się nie skończy. Całości zjawiska jakim jest tatuaż przyglądam się już od dłuższego czasu więc myślę, że moje spostrzeżenia w nie odbiegają znacząco od rzeczywistości. Czy tatuaż ozdabia czy szpeci ciało? Niestety, ale w bardzo wielu przypadkach szpeci i to w sposób nieodwracalny. Ciało jest swoistą wizytówką człowieka, więc tatuaż, który jest umieszczony w widocznym miejscu, czyli na rękach, szyi lub twarzy, a został wykonany nieprofesjonalnie, od razu nasuwa konkretnie skojarzenia, choćby te dotyczące więzienia. Tatuażem który zdobi jest tatuaż artystyczny, czyli praca która z założenia ma wyglądać na ciele estetycznie, pasować do posiadacza, wzbudzać pozytywne emocje. Oczywiście zależy to od indywidualnych gustów, ale w większości przypadków dzieło noszone na ciele powinno podobać się jego odbiorcom. Ważne by wzór nie był powtarzalny, szablonowy, odtwórczy, lecz indywidualnie dobrany do noszącej go osoby. Często można zauważyć powtarzające się motywy w stylu chińskich znaków lub wzorów geometrycznych (tribali) które nie niosą ze sobą żadnych treści, więc takie tatuaże w moim odczuciu nie są specjalną ozdobą. Oprócz tego osobiście widziałem kilka prac, które wydały mi się odrażające, jak np. wspomniane już tatuaże na twarzy których jestem przeciwnikiem, pomimo tego jednak wszystko leży w materii posiadacza konkretnego wzoru. To co dla jednego jest ozdobą, komu innemu może się nie podobać. Długo zastanawiałem się nad wzorami, które znalazły się na moim ciele, i dlatego że są tam nieprzypadkowo nie żałuje decyzji o wytatuowaniu się. Są one jednak schowane pod ubraniem, więc nie wszyscy wiedzą że w ogóle je mam, co daje mi pewien komfort - nikt postronny nie ocenia mnie po tatuażach. Zrobiłem je przede wszystkim po to, żeby upamiętnić pewien okres w moim życiu - za każdym razem, gdy na nie spoglądam wracam pamięcią do emocji towarzyszącym mi podczas ich robienia.

Pierwszym zrobionym na mnie tatuażem był nieco przerobiony wizerunek "Ostatniej wieczerzy" Leonarda da Vinci, który znajduje się na moich plecach na wysokości łopatek. Manifestuje on dwie najważniejsze dla mnie samego dziedziny życia - wiarę i muzykę. Jako, że tatuaż jest sporej wielkości i w całości kolorowy, jego zrobienie trwało ponad pół roku i było rozłożone na cztery sesje. Kolejnym moim tatuażem jest napis "Lucky in love" oddający stan emocjonalny towarzyszący mi w czasie, gdy został zrobiony. Ten tatuaż przypomina mi także o wszystkich moich dawnych i obecnych przyjaciołach. Chciałbym powiększyć moją kolekcję tatuaży przynajmniej o dwie sztuki. Marzy mi się wytatuowanie tzw. rękawa, czyli pokolorowanie całej prawej ręki od barku do nadgarstka, ale jest to kosztowny i czasochłonny proces. Poza tym żeby się na to odważyć trzeba mieć ugruntowaną pozycję zawodową, a jestem pewien, że moje szefostwo nie przyjęłoby tego ciepło i prawdopodobnie został bym zwolniony z pracy. W tym roku planuję jednak wytatuować sobie kolejny duży i kolorowy wzór na żebrach po prawej stronie. Jest to jedno z najbardziej bolesnych miejsc to tatuowania, ale wydaje mi się, że jestem na to gotów. Będzie przedstawiał fragment jednego z obrazów Petera Bruegel'a. Myśl o posiadaniu tatuaży dorastała ze mną wraz z wiekiem. Zawsze przychylnie patrzyłem na wszelkiego rodzaju modyfikacje, które wyróżniały ludzi z tłumu. Studiowałem etnologię, więc na moim roku było sporo osób, które należały do różnego rodzaju kontrkultur. Miałem kilkoro wytatuowanych znajomych, ale sam początkowo nie myślałem o tatuażu. Nie podobał mi się ani piercing, ani wszczepianie pod skórę implantów, pomimo tego, że wiele osób z mojego otoczenie właśnie tak się ozdabiało. Przez 5 lat nosiłem na głowie dready i był to jedyny manifest mojej przynależności do kontrkultur. Tatuażem na poważnie zacząłem interesować się dopiero na trzecim roku studiów. Zacząłem zaglądać do specjalistycznej prasy dotyczącej tatuażu, pojechałem na kilka konwentów, by w końcu zdecydować się na tatuaż. Jak dotychczas ani razu nie pożałowałem tej decyzji. Osobiście traktuję tatuaż jako jedną z dziedzin sztuki, pokrewną grafice i malarstwu. W tym przypadku płótnem jest ludzka skóra, a tusz farbą. Podobnie jak w przypadku akwareli tatuaże z czasem blakną, pozostawiając jednak trwały ślad, w tym przypadku, na ciele. Tatuaż jest jedną z form wyrazu, która może zostać użyta na różne sposoby. Równie dobrze może być ozdobą ciała, lub wyraźnym znakiem przynależności np. do grupy przestępczej. Nie należy jednak kategoryzować osób wytatuowanych jako potencjalnych przestępców lub lubiących się okaleczać. Ból towarzyszący tatuowaniu nie należy do przyjemnych, ale występuje tylko podczas "produkcji" dzieła, by mogło później cieszyć oczy jego posiadacza, więc myślę że cena takiego poświęcenia jest odpowiednia. Cierpliwie czekam, aż w Polsce tatuaż będzie tak samo akceptowany przez społeczeństwo, jak ma to miejsce choćby w krajach anglojęzycznych."



Wyróżnienia - książki "Zrób to w Warszawie" i gadżety Gazeta.pl

Nagrody otrzymują Renata Wójcik, Tomasz Trela i Ewelina Duleńska

List Renaty Wójcik:

Tatuaż jest dla mnie symbolem oryginalności osoby, która go posiada.

Moja przygoda z tatuażami zaczęła się, kiedy miałam 16 lat i pojechałam do Hiszpanii. Przechadzając się po mieście zauważyłam salon tatuażu. Weszłam do środka, oglądałam wzory i wtedy obiecałam sobie, że jak tylko skończę 18 lat to sobie tatuaż zrobię.

Do pełnoletniości brakowało mi 2 miesiące, kiedy w naszym mieście pojawił się salon tatuażu, więc byłam jedną z pierwszych klientek (za zgodą rodziców).

Pierwszy tatuaż (na ramieniu) nie był dla mnie żadnym ważniejszym symbolem; był po porostu tym co mnie wyróżniało. Był spełnieniem mojego małego marzenia.

Drugi tatuaż, widoczny na zdjęciu smok, jest dla mnie o wiele ważniejszy pod względem symboliki. Zrobiłam go zaraz po tym, jak odeszłam od mężczyzny, który przez pół roku mieszkania razem bił mnie i poniżał. Ten tatuaż ma dla mnie znaczenie symboliczne. Poczułam potrzebę zrobienia go, więc go sobie dałam zrobić.

Mam jeszcze tatuaż na piersi (dla męża) i na lędźwiach (dla tych, których wzrok jest tam skierowany).

Nie jestem zwolenniczką tatuowania całego cała, bo wygląda to dla mnie brzydko. Można robić to co dla ludzi stworzone, ale z umiarem.

Tatuaże przestały już być postrzegane stereotypowo. Dawniej osoby wytatuowane miały przypiętą metkę gangstera lub osoby biorącej narkotyki. Jeszcze dziś można się u starszych osób z taką opinią spotkać, ale jest już to zjawisko rzadsze. Ja jestem i będę wielką fanką tatuażu, ale z umiarem i rozsądkiem. 



List Tomasza Treli

Wielu twierdzi, że tatuaż szpeci ciało. Te same osoby przekonują pewnie wszystkich wokół, że mustangi z sześćdziesiątego ósmego są brzydkie, motory Harleya-Davidsona zbyt głośne, a Angelina Jolie ma za duże piersi. Nic zresztą dziwnego. Na świecie z pewnością żyją też ludzie, którym smakuje ciepła wódka zagryzana kanapką posmarowaną Almette. Sam znam osobę, która w lipcu zamiast wygrzewać się na piaszczystej nadmorskiej plaży, jedzie na Bornholm. A stryj mojego szwagra, podczas ostatniego meczu reprezentacji Polski ze Słowenią, przy wyniku 0:2, całkiem poważnie powiedział: "Spokojnie, przecież odrobią". Przy takim stanie rzeczy, nie może więc dziwić, że istnieją na tym świecie jednostki, które z uporem godnym lepszej sprawy przekonują nas o szpetności wszelkiego rodzaju tatuaży.
Czasem piękno powinno być bezwzględne (jak w przypadku mustanga z sześćdziesiątego ósmego), a poczucie estetyki bezdyskusyjne (jak w przypadku Angeliny Jolie). Na szczęście istnieją jednak sprawy kontrowersyjne, bo gdyby tak nie było, to debata publiczna na temat piękna byłaby okropnie nudna. Jedną z takich właśnie spraw są tatuaże.
Zanim dołożę do niej swoje trzy grosze, mam jednak już na wstępie wielką ochotę odebrać głos w tej kwestii niektórym osobom. A mianowicie, na dobry początek, wszystkim odpicowanym jak na festyn "kolesiom i kolesiówom", którzy uważają, iż malowanie po ciele ostrą igłą jest po prostu passe, be i fe. Otóż, drogie panie, drodzy panowie, nie bardziej niż: wasze botoksy, silikony, tipsy, manikiury, pedikiury, peelingi i cała reszta obco brzmiących wyrazów, których znaczenia normalny człowiek nawet nie rozumie, a które są przez was używane w procesie "ozdabiania" ciała. Co często kończy się zresztą opłakanym (a w najlepszym wypadku komicznym) efektem. Krytyka usłyszana od osoby, która w d... wstrzykuje sobie botoks, a w c...ka wszczepia jakiś syf do uszczelniania okien po prostu nie byłaby wiarygodna.
Atakując z drugiej flanki, trzeba też pozbawić głosu wszystkich oglądaczy miłosnych tasiemców, fanów muzyki Feela, czytelników Gazety Polskiej i wielbicieli prozy Elizy Orzeszkowej. Bo oni z natury nie mają gustu. Trudno więc traktować serio jakiekolwiek ich opinie w sprawach piękna i estetyki.
Zmieniając nieco front, moją ulubioną grupę osób stanowią natomiast hiperfajni ludzie, którzy tatuaży nie mają i wcale nie zamierzają ich sobie robić. Rozumieją jednakże, że ta niecodzienna sztuka może się komuś zwyczajnie podobać. Że tatuaż to zabieg taki sam jak założenie kolczyka, wizyta w solarium czy zmiana fryzury. Że to po prostu element zewnętrznego designu, swoisty spot promocyjny naszej osoby. Że wytatuowane ciało to nie tylko obrazki, ale styl życia. Że tatuaż świadczy o charakterze jego właściciela, jego duszy, przeszłości. Że czasem wystarczy spojrzenie, by ocenić, kto właśnie wyszedł z więzienia, a kto z delfinarium. Że czasem warto łamać przyjęte standardy i zacząć zdanie od "że".
Ostatnia grupa ludzi jest dość specyficzna. Choć teoretycznie tworzą ją osoby wytatuowane, to w praktyce stanowi ona jedyną sytuację, w której można twierdzić o jakimkolwiek szpeceniu. A mianowicie, chodzi o nietypowe przypadki, w których człowiek szpeci tatuaż. Mowa tu o twardzielach, którzy z zaciśniętymi zębami "dziarają" sobie na łydkach milusie delfinki, na łopatkach słodkie różowe misiaczki (naprawdę widziałem taki tatuaż), a na plecach piękne kolorowe motyle. Ale nimi nie będziemy się tu zajmować, no bo, bez przesady.
Tym sprytnym sposobem, udowodniliśmy, że pozostała, zdecydowana większość ludzi, ubóstwia tatuaże, tatuowanie i tatuatorów. Tak więc nie ma nawet sensu próbować ich przekonać do tego, że tatuaże to najlepsza ozdoba ciała, jaką wymyślił homo sapiens, bo - kto jak kto - ale oni doskonale o tym wiedzą."



List Eweliny Duleńskiej

Swój tatuaż zrobiłam mając niecałe 16 lat. Robiąc go chciałam się poczuć bardziej dorosła. To tak jak z papierosami: jak się jest młodym wydaje się że paląc jest się bardziej dorosłym. Ale palenie można rzucić tatuażu nie... Jeśli ktoś chce zrobić tatua,ż musi być to bardzo przemyślana decyzja. Moja taka nie była. W tym czasie byłam pomiędzy zbuntowaną, a słodką dziewczynką. Nie wiem co mi strzeliło do głowy, żeby zrobić Garfielda. Wiem jedno: dziś się go wstydzę. Przez jakieś pół roku po zrobieniu go było OK. Byłam taka wytrwała, silna na tyle, żeby zrobić tatuaż. Szpanowałam przed koleżankami. Później... hmmm.... chyba wydoroślałam.
Wybierając suknię ślubną sprawdzałam czy nie ma odsłoniętych ramiączek. Dlatego dokupiłam bolerko, by nie było widać szpecącego kotka.
Na sali operacyjnej podczas cesarskiego cięcia lekarze, a szczególnie anestezjolog i studenci, byli najbardziej Garfieldem zainteresowani niż mną. Padały pytania: "A co to?", "A po co?".
Latem staram się nosić bluzki zakrywające ramiona po to, by nie było go widać.
Dziś mam własną firmę powiem szczerze, że wstyd mi by było rozmawiać z kontrahentami z widocznym Garfieldem. Wtedy zrobiłam to dla szpanu. Dziś z chęcią cofnęłabym czas lub się go pozbyła. Chciałam zaimponować koleżankom, ale one byłe mądrzejsze i nie zrobiły tatuażu. Jestem pewna że 16 lat na robienie tatuażu to stanowczo za mało! Dziś mając 22 lata wiem że to mi nie pasuje. Swojego tatuażu nienawidzę.
Tatuaże mi się nie podobają. Jeśli się zdecyduję kiedykolwiek na tatuaż, to tylko i wyłącznie z henny. W moim przypadku tatuaż to na pewno oszpecenie ciała."



Podziel się