W Monarze uczą się śpiewać. A gdy śpiewają, czują moc

Joanna Nasierowska
05.09.2010 aktualizacja: 2010-09-03 19:56
A A A Drukuj
W warsztatach śpiewu biorą udział podopieczni Monaru i zwykli warszawiacy Fot. Fot . Albert Zawada / Agencja Gazeta
Aby wejść na naukę śpiewania, trzeba dmuchnąć w alkomat. Ile można mieć promili, aby wejść? - Ani ułamka - odpowiada ochroniarz.
Takie zasady obowiązują na darmowych zajęciach ze śpiewu, jakie prowadzi Monar, ośrodek zajmujący się pomocą dla bezdomnych, narkomanów i alkoholików. Warsztaty nie są przeznaczone tylko dla podopiecznych Monaru, mogą w nich brać udział także zwykli warszawiacy. Właśnie o integrację w śpiewaniu chodzi. - Kiedyś nie umiałem rozmawiać, nie wiedziałem, jak to się robi. Gdy miałem stres - piłem, dzisiaj idę na siłownię - mówi 27-letni Krzysiek. - Na zajęcia nie chciałem chodzić, pół roku otwierałem buzie i udawałem, że śpiewam. Myślałem, że to głupie, aż zobaczyłem, że ktoś chce słuchać.

W piątek uczestnicy warsztatów dali koncert pieśni gospel w parku Henrykowskim. Sylwia Puchalska, wychowawca: - Śpiewanie to przełamanie strachu, wyjście poza siebie, możliwość pokazania się. Dzięki temu budują pewność siebie, która będzie im potrzebna, gdy wyjdą z Monaru, a ludzie zza bramy widzą, że nie ma się czego bać.

Zajęcia odbywają się na przemian w siedzibie Monaru przy Marywilskiej 44a i w białołęckim Ośrodku Kultury przy ul. Van Gogha 1. Do ośrodka przychodzą rodziny z dziećmi, do Monaru mało kto. - Barierą jest miejsce, niektórzy boją się przyjść, myślą, że oddychając tym samym powietrzem, zakażą się - mówi Anna Przybysz, która uczy śpiewu. Zna się na tym - jest mamą sióstr z zespołu Sistars. - Kiedy dziewczynki były małe, chodziliśmy do Marka Kotańskiego i śpiewałyśmy. Pytały: "Mamo, dlaczego ci ludzie są smutni?".

Anna Przybysz prowadziła zajęcia w innych ośrodkach. W Wyszkowie połowa ludzi przed występem wymyślała wymówki, aby nie iść, po drodze wymiotowali ze stresu.

- Jednak po występie byli gwiazdami, czuli się wspaniale - opowiada.

Na zajęcia chodzą młodzi, od osiemnastki do trzydziestki. Monar to ośrodek przechodni, każdy może wejść. Zostaje niewielu. Wielu ucieka już po kilku godzinach. W Monarze czeka na nich jedzenie, czysta pościel, pokój, ale i praca, i rozkład dnia. O 6.50 pobudka, gimnastyka, śniadanie, praca - sprzątanie i gotowanie, zajęcia terapeutyczne, o 22 - cisza nocna. Za niestawienie się na zajęcia kara - godzina pracy.

Na wiosnę Monar poszedł na Stare Miasto. Stanęli na rynku i śpiewali piosenki powstańcze. Przechodnie zatrzymywali się, starsi płakali. - Ania tłumaczyła nam przed zajęciami, o czym są te piosenki, opowiadała historie swojej babci. Jak to śpiewam, czuję dumę i moc - opowiada 25-letni Marcin, który w Monarze podjął decyzję, że pójdzie od września do liceum.

Podziel się