Wywiad z Gronkiewicz-Waltz: mam bardzo kobiecy program

Rozmawiali: Seweryn Blumsztajn, Iwona Szpala
26.10.2010 aktualizacja: 2010-10-25 18:40
A A A Drukuj
Hanna Gronkiewicz-Waltz podczas uroczystej sesji Rady Warszawy Fot. Wojciech Olku?nik / Agencja Gazeta
Rozmowa z prezydent Warszawy Hanną Gronkiewicz-Waltz, która stara się o wybór na następną kadencję.
"Gazeta": Zaczniemy tak: czy pani jest w stanie wymienić przełomowe momenty swojej prezydentury?

 Hanna Gronkiewicz-Waltz: Inwestycyjne to zakończenie pierwszej linii metra, rozpoczęcie budowy drugiej linii i mostu Północnego, uratowanie projektu modernizacji Czajki. Inne momenty przełomowe? Choćby ten ostatni, czyli Warszawa w finale konkursu Europejska Stolica Kultury. Może też usunięcie kupców i rozbiórka hali KDT, choć przełomem nazywają to tylko niektórzy, mnie samej ta sprawa tak się nie kojarzy.

 Nam owszem.

 - Czułam to, w tej sprawie bacznie mnie obserwowaliście (śmiech)...

 To był przełom, bo nigdy wcześniej nie zaistniała pani tak mocno w mediach w związku z pełnionym przez siebie urzędem. Pojawiły się nawet porównania do Margaret Thatcher. Jako pierwszy z prezydentów odważyła się pani usunąć kupców.

 - Może trudno w to wierzyć, ale nigdy nie marzyłam, by w ten sposób zaistnieć. Naprawdę. Zanim rozegrała się spektakularna bitwa w centrum, byłam gotowa na ustępstwa. Dziś uważam, że kupcy chcieli tej konfrontacji.

 Poza bitwą o KDT to raczej spokojna prezydentura.

 - Zapewniam, że spokojna nie jest. Za trafne uważam słowa prezesa NBP Marka Belki, który mówiąc o tworzeniu stabilnego i silnego systemu finansowego i o tym, że najgorzej było w latach 90., porównał mnie z kapitanem "Titanica", który ominął górę lodową.

 Pani postrzega się jako kapitan "Titanica", który nie wpadł na skały...

 - ...tak, bo ciągle unikam skał i raf, których pełno jest w Warszawie i których pełno było w systemie bankowym.

 Pani poprzednik Lech Kaczyński miał zdanie w każdej sprawie i na każdy temat. Nie robił uników, nawet gdy sytuacja była niewygodna. Tłumaczył, że tak postrzega rolę prezydenta wybranego w wyborach bezpośrednich.

 - A ja uważam, że nie należy narzucać swoich poglądów innym.

 Lubi pani drugi plan?

 - Lubię. Wiele spraw udało się załatwić właśnie dzięki spokojowi i dyskrecji. Na przykład można by napisać esej o miesiącach ratowania oczyszczalni Czajka, o zmarnowanej za czasów PiS europejskiej dotacji, o projekcie, który trzeba było reanimować. To są właśnie rzeczy, którymi na co dzień się stresuję.

 A w tym wszystkim ważny jest dla pani publiczny wizerunek? Zależy pani na kolejnych zaszczytach, ma pani jakieś ambicje polityczne?

 - Ja jestem człowiekiem zadaniowym, skupiam się na realizacji konkretnych celów. Najpierw byłam od "złotówki i banków", teraz jestem od Warszawy.

 To gdzie się w tym mieści pani start na prezydenta RP w 1995?

 - Wystartowałam, bo nie mogłam pogodzić się z myślą, że Lech Wałęsa przegra. To była konkurencja z kandydatem obozu lewicy. Uważałam, że na taką polityczną zmianę jest za wcześnie.

 W trakcie mijającej kadencji pojawiały się kuluarowe informacje, że pani, podobnie jak Lech Kaczyński, będzie chciała sięgnąć po dużą prezydenturę.

 - Nie, nigdy tak Warszawy nie traktowałam. Zresztą miałam taką możliwość w ostatnich wyborach. Nie skorzystałam z kilku powodów. Bardzo ważne było zobowiązanie powtórnego startu, które wcześniej złożyłam warszawiakom. Ponadto uważałam, że Bronisław Komorowski jest kandydatem optymalnym. I może jeszcze spostrzeżenie natury ogólnej - rok 2010 to jeszcze nie czas na rządy kobiety przy Krakowskim Przedmieściu.

Podziel się