O dziewczynce, która nie chciała być robotem

Rozmawiał Łukasz Kamiński
2009-06-22 aktualizacja: 2009-06-21 16:55
A A A Drukuj
Lady Sovereign Lady Sovereign, fot.mat.prasowe
Niewielkiego wzrostu, ale wielka charakterem. Gwiazdą sobotniego pikniku kulturalnego "Gazety Co Jest Grane" była brytyjska raperka Lady Sovereign. To był jej pierwszy występ w Polsce.


Ma 25 lat, metr pięćdziesiąt wzrostu - sama o sobie mówi, że jest "największym skrzatem na w biznesie muzycznym". Pochodzi z Londynu, przez chwilę związana była z lokalną, podziemną, niszową sceną grime'ową, czyli muzyką tak bardzo brytyjską jak piłka nożna, pudding z nerek czy herbatka o godz. 17. Po podpisaniu kontraktu z wielką amerykańską wytwórnią dziś właściwie ma status gwiazdy popu.

W sobotę na scenie Królikarni Lady Sovereign pojawiła się chwilę po godz. 21. Towarzyszyli jej perkusista i amerykańska didżejka Annalyze. W niecałą godzinę Lady Sovereign zaprezentowała swoje największe przeboje, m.in. odśpiewany z publicznością "Love Me Or Hate Me", "So Human" oparty na motywie piosenki "Close To Me" The Cure czy bardzo punkowo brzmiący "Public Warning". Na żywo jej piosenki zabrzmiały surowo, szorstko, a Lady Sovereign wykrzykiwała swoje teksty z siłą dobrze działającego karabinu maszynowego.

Łukasz Kamiński: Dorastałaś w Chalkhill Council Estate, północnej dzielnicy Londynu cieszącej się złą sławą. Niedawno zresztą zrównano stare bloki z ziemią, by wybudować nowe. Jaki wpływ miało na ciebie dorastanie w tamtej dzielnicy?

Lady Sovereign: Dziś patrzę na to miejsce i widzę, że było dość potworne, ale przecież kiedy jesteś dzieckiem, nie zwracasz na to szczególnej uwagi. Pamiętam, że w blokowiskach zawsze było słychać muzykę, albo dobywającą się z domów, albo na ulicy. Największy wpływ miało na mnie oczywiście to, co słyszałam w domu. Moi rodzicie słuchali dużo punk rocka, reggae i ska. Kiedy przyszła rewolucja taneczna w 1988 r., moja mama zakochała się w housie i hip-hopie.

A kiedy zaczęłaś robić własną muzykę?

- Tak na poważnie, to kiedy skończyłam 17 lat. Wtedy interesowałam się jedynie brytyjską muzyką taneczną, hip-hopem, grime'em.

Sama po chwili stałaś się jedną z gwiazd grime'u. Czy grime naprawdę był brytyjską odpowiedzią na amerykański hip-hop?

- To zbyt prosta definicja. Grime, choć podobny do hip-hopu, ma korzenie w undergroundowej muzyce tanecznej. To taki gatunek, który nigdy nie przebije się na listy przebojów. Gdy już wydaje ci się, że zaraz eksploduje, wraca do podziemia. I to nadaje mu siłę.

A Ty czujesz się związana ze sceną grime'ową.

- Nie, niespecjalnie. Podoba mi się sytuacja, w której nie sposób mnie przypisać do jakiegoś konkretnego gatunku.

Byłaś pierwszą brytyjską artystką, która podpisała kontrakt z renomowaną amerykańską wytwórnią hiphopową Def Jam. O tym, jak byłaś przesłuchiwana przez szefa tej wytwórni, wielką gwiazdę Jay-Z, krążą już legendy.

- Bałam się jak diabli. Idąc na spotkanie z nim, myślałam, że będzie to nieformalna pogawędka. Tymczasem kiedy weszłam do biura, okazało się, że czeka na mnie cała komisja złożona z amerykańskich gwiazd i żąda ode mnie występu. No to wystąpiłam: mała, biała, nieśmiała dziewczynka przed surowym gremium (śmiech).

Twoja debiutancka płyta sprzedała się w sporym nakładzie 300 tys. egzemplarzy, a singiel "Love Me Or Hate Me" kupiło ponad milion osób. Zamiast kontynuować karierę w USA, wróciłaś do Wielkiej Brytanii. Dlaczego?

- Nie chciałam być związana z wielką wytwórnią. Zbyt sobie cenię wolność, artystyczną, osobistą. Również tę finansową. Kiedy jesteś związany z wielką wytwórnią i ta widzi w tobie potencjał na gwiazdę estrady, to wciąga cię w potężną machinę promocji, a ta zmienia cię w bezmyślnego robota. Najczęściej kończy się tym, że zostajesz gwiazdą jednego sezonu. A mnie się nigdzie nie spieszy. Ja jestem tu na dłużej.

Podziel się