Totalne muzyczne wideo o Warszawie
17.07.2009
aktualizacja: 2009-07-17 17:39
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Kuba Kossak ma pomysł, jak pokazać kulturalną Warszawę. Udowodnił to swoim wideoklipem do utworu formacji SzaZa, który zebrał w internecie same pozytywne recenzje
ZOBACZ TAKŻE
- Uliczni gitarzyści: zarabiają nawet do tysiąca (07-08-09, 07:00)
- W warszawskich knajpach melanż wciąż trwa (01-08-09, 09:00)
"Bardzo klimatyczne i z dużym wyczuciem" - pisze jeden z internautów. To wyczucie bierze się z tego, że Kuba Kossak z wykształcenia jest muzykiem i bezbłędnie potrafi dopasować obraz do dźwięków. Kręci na razie filmy krótkie, jakby wprawki przed czymś większym. Nazywa je wideoklipami, choć do MTV to się one raczej nie nadają. W jego filmie do utworu SzaZy wędrujemy z muzykami Pawłem Szamburskim i Patrykiem Zakrockim przez Warszawę, odwiedzamy ich miejsca: Plan B, Chłodną 25, Powiększenie. Przystajemy nad Wisłą, w okolicach Stadionu Dziesięciolecia, przysiadamy na trawie na pikniku w Królikarni, przez szybę zaglądamy do Nowego Światu roztańczonego nocą na retro dancingu. I wszystko niespiesznie, w melancholijnym nastroju.
Agnieszka Kowalska: Gdybyś dostał propozycję zrobienia filmu promującego kandydaturę Warszawy do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016, to podjąłbyś się takiego zadania?
Kuba Kossak: No pewnie, że bym się podjął.
A jaki masz pomysł? Jak można by to zrobić?
- Pracuję teraz nad reportażem o Borku - Michale Borkiewiczu, który prowadzi w Warszawie kilka klubów: Plan B, Powiększenie, Plac Zabaw. I może ten film będzie odpowiedzią na twoje pytanie. Oczywiście to zależy od tego, do kogo taka promocja miałaby być adresowana, czy do tzw. statystycznego Europejczyka, czy do działacza kulturalnego z Londynu. Ten pierwszy zadowoliłby się na pewno konwencjonalną, dynamiczną reklamówką Warszawy.
Ale kto powiedział, że mamy obniżać poprzeczkę?
- Może powinno powstać wiele takich filmów? Na stronie reklamującej kandydaturę Warszawy można przecież umieścić zarówno atrakcyjną panoramę miasta, jak i impresyjne, osobiste obrazy Warszawy. Moim zdaniem potrzebne są takie bardziej subiektywne spojrzenia, wiele spojrzeń. To, co ja mógłbym zaproponować, to seria filmowych portretów ludzi, którzy tworzą klimat tego miasta, robią tu kulturę. Tym się teraz zajmuję.
Kogo już udało ci się sportretować?
- Filmowałem dotąd głównie muzyków, z którymi grałem, ludzi skupionych wokół wytwórni LADO ABC. Wielu z nich to moi przyjaciele. Byliśmy właśnie z Marcinem Maseckim w Rabce, gdzie przymierzaliśmy się do zarejestrowania "Sztuki fugi" Bacha. Tym projektem zainteresował się Paweł Potoroczyn z Instytutu Adama Mickiewicza. Z Marcinem mam świetny kontakt. Dlatego że potrafię z nim o tej muzyce rozmawiać.
Kluczowa jest przychylność ludzi, których się filmuje. Paweł Szamburski powiedział: "Nie wyobrażam sobie, że z kimś innym moglibyśmy wejść w tak intymny kontakt".
Zaczynałeś od fagotu. Oryginalny instrument.
- W podstawówce chciałem wybrać coś, co będzie jak najbardziej dziwne. I to się na mnie zemściło. Okazało się, że fagot jest jednym z najdroższych instrumentów i bardzo wymagającym. Efekt był taki, że już na drugim roku studiów chciałem je przerwać. Mój profesor mnie powstrzymał i skończyłem Akademię, ale cały czas szukałem alternatywy. Zacząłem komponować, zajmowałem się muzyką elektroniczną i elektroakustyczną. Eksperymentowałem z komputerem, co teraz przydaje mi się przy montażu wideo.
Wtedy też pogłębiła się moja znajomość z Maciem Morettim, zaczęliśmy grać razem. W ogóle Macio był dla mnie w pewnym okresie życia osobą centralną. Pamiętam, jak się poznaliśmy 17 lat temu w klubie Alfa, na jednej z imprez. Kiedyś w domu zagrał mi na dzień dobry cały album Primusa (który był wtedy i chyba jest do dziś moim ulubionym zespołem). Zagrać to na basie, nawet jeżeli ktoś miał muzyczne wykształcenie, wydawało mi się wtedy czymś nieosiągalnym. A on grał!
To wtedy zająłeś się filmem?
- Jeszcze nie. Najpierw był wyjazd na studia podyplomowe do Stanów. Chciałem zdawać na reżyserię dźwięku, a dostałem się do szkoły artystycznej Milton Avery School of Fine Arts. Jak się później okazało, dość prestiżowej. I tam otworzyły mi się oczy. To były dwa miesiące wytężonej pracy, podczas których stwierdziłem, że to wszystko, czego szukałem w muzyce i czego nie mogłem w niej odnaleźć, jest w obrazie, tym co wizualne.
Zamieszkałeś w Nowym Jorku. To na pewno też na ciebie wpłynęło?
- Na pewno. Tam wizualne bodźce są bardzo silne. Manhattan to istna geometryczna orgia! No i ta szkoła - tygiel narodowości, różnych dyscyplin sztuki. Dotąd życie spędzałem na ćwiczeniu gry na fagocie, gdzieś w pokoju sprzątaczek w piwnicy Akademii, a moje próby wyjścia poza muzykę kończyły się tym, że nie bardzo rozumiałem, co widzę. Bo nie miałem narzędzi, żeby to zrozumieć. A tam się nagle okazało, że są tacy ludzie jak ja, którzy też czegoś poszukują i możemy o tym rozmawiać. Poczułem czym jest kompozycja kadru, kształty, proporcje, ruch. I zacząłem malować.
Malować?
- Tak, geometryczne, abstrakcyjne obrazy. Mieszkałem przez kilka miesięcy w Harlemie i zamalowałem tam ściany, uczyłem się gruntować płótna. Strasznie pociągał mnie ten kontakt z materią, to, że w malarstwie każdy najmniejszy ruch zostaje, a nie ulatuje, jak w muzyce.
Agnieszka Kowalska: Gdybyś dostał propozycję zrobienia filmu promującego kandydaturę Warszawy do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016, to podjąłbyś się takiego zadania?
Kuba Kossak: No pewnie, że bym się podjął.
A jaki masz pomysł? Jak można by to zrobić?
- Pracuję teraz nad reportażem o Borku - Michale Borkiewiczu, który prowadzi w Warszawie kilka klubów: Plan B, Powiększenie, Plac Zabaw. I może ten film będzie odpowiedzią na twoje pytanie. Oczywiście to zależy od tego, do kogo taka promocja miałaby być adresowana, czy do tzw. statystycznego Europejczyka, czy do działacza kulturalnego z Londynu. Ten pierwszy zadowoliłby się na pewno konwencjonalną, dynamiczną reklamówką Warszawy.
Ale kto powiedział, że mamy obniżać poprzeczkę?
- Może powinno powstać wiele takich filmów? Na stronie reklamującej kandydaturę Warszawy można przecież umieścić zarówno atrakcyjną panoramę miasta, jak i impresyjne, osobiste obrazy Warszawy. Moim zdaniem potrzebne są takie bardziej subiektywne spojrzenia, wiele spojrzeń. To, co ja mógłbym zaproponować, to seria filmowych portretów ludzi, którzy tworzą klimat tego miasta, robią tu kulturę. Tym się teraz zajmuję.
Kogo już udało ci się sportretować?
- Filmowałem dotąd głównie muzyków, z którymi grałem, ludzi skupionych wokół wytwórni LADO ABC. Wielu z nich to moi przyjaciele. Byliśmy właśnie z Marcinem Maseckim w Rabce, gdzie przymierzaliśmy się do zarejestrowania "Sztuki fugi" Bacha. Tym projektem zainteresował się Paweł Potoroczyn z Instytutu Adama Mickiewicza. Z Marcinem mam świetny kontakt. Dlatego że potrafię z nim o tej muzyce rozmawiać.
Kluczowa jest przychylność ludzi, których się filmuje. Paweł Szamburski powiedział: "Nie wyobrażam sobie, że z kimś innym moglibyśmy wejść w tak intymny kontakt".
Zaczynałeś od fagotu. Oryginalny instrument.
- W podstawówce chciałem wybrać coś, co będzie jak najbardziej dziwne. I to się na mnie zemściło. Okazało się, że fagot jest jednym z najdroższych instrumentów i bardzo wymagającym. Efekt był taki, że już na drugim roku studiów chciałem je przerwać. Mój profesor mnie powstrzymał i skończyłem Akademię, ale cały czas szukałem alternatywy. Zacząłem komponować, zajmowałem się muzyką elektroniczną i elektroakustyczną. Eksperymentowałem z komputerem, co teraz przydaje mi się przy montażu wideo.
Wtedy też pogłębiła się moja znajomość z Maciem Morettim, zaczęliśmy grać razem. W ogóle Macio był dla mnie w pewnym okresie życia osobą centralną. Pamiętam, jak się poznaliśmy 17 lat temu w klubie Alfa, na jednej z imprez. Kiedyś w domu zagrał mi na dzień dobry cały album Primusa (który był wtedy i chyba jest do dziś moim ulubionym zespołem). Zagrać to na basie, nawet jeżeli ktoś miał muzyczne wykształcenie, wydawało mi się wtedy czymś nieosiągalnym. A on grał!
To wtedy zająłeś się filmem?
- Jeszcze nie. Najpierw był wyjazd na studia podyplomowe do Stanów. Chciałem zdawać na reżyserię dźwięku, a dostałem się do szkoły artystycznej Milton Avery School of Fine Arts. Jak się później okazało, dość prestiżowej. I tam otworzyły mi się oczy. To były dwa miesiące wytężonej pracy, podczas których stwierdziłem, że to wszystko, czego szukałem w muzyce i czego nie mogłem w niej odnaleźć, jest w obrazie, tym co wizualne.
Zamieszkałeś w Nowym Jorku. To na pewno też na ciebie wpłynęło?
- Na pewno. Tam wizualne bodźce są bardzo silne. Manhattan to istna geometryczna orgia! No i ta szkoła - tygiel narodowości, różnych dyscyplin sztuki. Dotąd życie spędzałem na ćwiczeniu gry na fagocie, gdzieś w pokoju sprzątaczek w piwnicy Akademii, a moje próby wyjścia poza muzykę kończyły się tym, że nie bardzo rozumiałem, co widzę. Bo nie miałem narzędzi, żeby to zrozumieć. A tam się nagle okazało, że są tacy ludzie jak ja, którzy też czegoś poszukują i możemy o tym rozmawiać. Poczułem czym jest kompozycja kadru, kształty, proporcje, ruch. I zacząłem malować.
Malować?
- Tak, geometryczne, abstrakcyjne obrazy. Mieszkałem przez kilka miesięcy w Harlemie i zamalowałem tam ściany, uczyłem się gruntować płótna. Strasznie pociągał mnie ten kontakt z materią, to, że w malarstwie każdy najmniejszy ruch zostaje, a nie ulatuje, jak w muzyce.
1
2
następne »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Co Donieck ma lepszego od Warszawy? Nie tylko Stadion!
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


