W CSW trwa właśnie wystawa "Schizma" o latach 90. w sztuce i na Zamku Ujazdowskim. Można ją interpretować jako symboliczne zamknięcie 20-lecia dyrekcji Wojciecha Krukowskiego i przekazanie pałeczki młodszemu pokoleniu.
Agnieszka Kowalska: Lata 90. to najlepszy pana okres w Zamku. Dlaczego nie zrobił pan tej wystawy sam?
Wojciech Krukowski: Za dużo wiem, a brak dystansu nie pozwala na syntezę. Adam Mazur miał tę przewagę, bo jest dużo młodszy. Efekt jest ciekawy, sporo czasu spędzam na tej wystawie.
To był czas, kiedy zaczynał pan swoje dyrektorowanie. Kiedy dokładnie?
- 15 stycznia 1990 r. Minister Cywińska przekonywała mnie: "Musisz, bo jest rewolucja!". Zmobilizowałem się, ale obiecywałem sobie, że to będą tylko dwa lata. Posprzątam, zrobię, co trzeba, i wrócę do swoich spraw. Zostałem 20.
Te pana sprawy to był wtedy teatr?
- Tak, i to właśnie on przesądził o tym, że dostałem propozycję objęcia CSW. Bo nasza Akademia Ruchu od początku była grupą interdyscyplinarną, animującą środowisko. Najpierw działaliśmy w Dziekance, potem był solidarnościowy ośrodek Cora na Pradze-Południe.
W zakładach Cory na Terespolskiej?
- Tak, w tamtejszym domu kultury. Uruchomiliśmy dwie galerie, przestrzeń teatru, kina. Łączyliśmy to, co społeczne, robotnicze, artystyczne, polityczne. W Corze mieścił się punkt dystrybucji wydawnictw solidarnościowych. Trudno się dziwić, że w stanie wojennym dano nam tylko 2 godziny na opuszczenie tego miejsca.
Przenieśliśmy się do kościoła na Żytniej, a w atmosferze okrągłostołowej wynajęliśmy kino Tęcza, w którym stworzyliśmy już prawdziwe minicentrum sztuki współczesnej. Był teatr, galeria, księgarnia, w której bardzo szybko pojawiła się "Res Publica Nowa", "Lampa Iskra Boża" i fanziny. Wtedy Tęcza była jedynym takim ośrodkiem kultury niezależnej. Pewnie dlatego dostałem propozycję od minister Cywińskiej. To było naturalne przejście.
Naturalne? Nie obawiał się pan przejścia z niezależnej Tęczy do dużej państwowej instytucji?
- Obawiałem się wszystkiego, przede wszystkim biurokracji. Zastanawiałem się, czy ta nasza obecność coś tu zmieni. Ale podjąłem to ryzyko, bo wierzyłem, że nie wygasną we mnie umiejętności działania w przestrzeniach prowizorycznych.
Jaki był zamek, gdy pan tutaj wchodził?
- Był smutny. Ogrodzony płotem, otoczony barakami, wejście było od skarpy. Zastałem tu trzy sale galeryjne, ale nie było stałego programu. Uwaga całego środowiska skupiła się na tym miejscu. Pamiętam, jak Janusz Bogucki ostrzegał mnie, że na zamku są zlokalizowane złe moce. Mówił: "Panie Wojtku, po pierwsze, musi pan to wykadzić siarką". Zaprosiliśmy więc zaprzyjaźnionych różdżkarzy, zgodnie z ich wskazówkami poprzesuwaliśmy meble. Na wszelki wypadek (śmiech ).
I wdrożył pan model z Tęczy?
- Tak, model interdyscyplinarnego Centrum Sztuki Współczesnej. Ryszard Kluszczyński uruchomił program sztuki mediów i kina artystycznego, Janusz Bałdyga cykl performance, Janusz Marek cykl teatralny, Piotr Rypson wydawnictwo i "Obieg", Zygmunt Krauze - cykl muzyczny i Audio Art. I to natychmiast zaczęło pulsować. W pierwszym roku zrealizowaliśmy 26 wystaw i kilkadziesiąt innych artystycznych zdarzeń.
Wzorce czerpałem też z Wielkiej Brytanii, gdzie z Akademią Ruchu pracowaliśmy w ważnych ośrodkach nowej sztuki, tj. ICA, Arnolfini, Chapter. I one miały taką czytelną, mądrą konstrukcję: galerie, przestrzenie akcji, kino, wideotekę, księgarnię, knajpę. Żyły swoim ciekawym życiem. Bez względu na to, czy ludzie, którzy tam przychodzili, za każdym razem zaglądali na wystawę, czy byli tylko konsumentami atmosfery tych miejsc. Ten model teraz wydaje się oczywisty, bo stosuje go większość dużych muzeów na świecie. Wtedy, w latach 90. w Warszawie robiliśmy to jako pierwsi.
Co się tu panu przez te 20 lat udało? Z czego jest pan szczególnie dumny?
- Z samego faktu, że wprowadzony tu model Centrum przejmują nowe muzea i galerie. Również z tego, że pierwsze indywidualne prezentacje w Warszawie mieli tu: Katarzyna Kozyra, Zbigniew Libera, Artur Żmijewski, Paweł Althamer potem Wilhelm Sasnal, Robert Kuśmirowski czy Monika Sosnowska, a ostatnio finaliści zachętowego konkursu Spojrzenia. Że co kilka lat udawało nam się zrobić ważną wystawę, podsumowującą tu i teraz: od "Raju utraconego", który był pożegnaniem z latami 80., przez "Magów i mistyków", "Idee poza ideologią" , "Antyciała", "W tym szczególnym momencie", aż po "Scenę 2000". Że zajęliśmy się pokazywaniem źródeł sztuki współczesnej w Polsce, zbudowaliśmy sporą kolekcję. Uratowaliśmy Laboratorium i stworzyliśmy tam przestrzeń akcji i pobytów stypendialnych.
Całe to założenie na Ujazdowie ciekawie się klaruje, z Instytutem Teatralnym, z ogrodem rzeźby, z budynkiem obecnie zajmowanym przez Bibliotekę Lekarską, w którym (mam nadzieję) powstanie Ośrodek Mobilności Artystów z różnych dziedzin: filmu, teatru, muzyki współczesnej. Warszawa zyska w zielonym centrum niespotykany konglomerat twórczy.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna