Roman Gutek: Filmy, dzięki którym poznałem świat

Rozmawiała Remigiusz Grzela
06.11.2009 aktualizacja: 2009-11-06 17:47
A A A Drukuj
Roman Gutek Fot. Maciej Zienkiewicz / AG
  • Roman Gutek
Dziś bardziej mnie cieszy, gdy na festiwalu wypatrzę maleńki film nieznanego reżysera i pokażę go innym, niż kiedy wprowadzam kolejny film Almodóvara czy Larsa von Triera.
ZOBACZ TAKŻE
Spotkanie z okazji 15-lecia firmy Gutek Film odbyło się we wtorek w naszej redakcyjnej klubokawiarni. Oto fragmenty rozmowy.

Remigiusz Grzela: "Cały jestem z wahań" - powiedział pan kiedyś. Skoro tak jest, to jak pan wybiera filmy?

- To dosyć skomplikowane. Każdy film to właściwie oddzielna historia. Szukam takich, które nawiążą dialog z widzem. Kieruję się własnym gustem. Oczywiście pieniądze są też bardzo ważne, bo Gutek Film jest spółką z ograniczoną odpowiedzialnością, czyli przedsięwzięciem z natury komercyjnym, które powinno zarabiać.

Kiedy zaczęła się pana miłość do kina?

- Przed Fundacją Sztuki Filmowej i Gutek Film działałem w dyskusyjnych klubach filmowych. W ogóle na samym początku było kino - bardzo lubiłem i lubię nadal oglądać filmy. Dzięki kinu poznawałem świat, siebie, łatwiej mi rozumieć innych. Zacząłem bardzo wcześnie oglądać filmy. Zawdzięczam to mojemu sąsiadowi. Urodziłem się na wsi, 20 kilometrów pod Lublinem...

Ten sąsiad, którego często pan wspomina w wywiadach, nazywał się Tadeusz Poleszak.

- Tak, był takim wiejskim odmieńcem, samotnikiem. Urodził się na początku lat 20., był z pokolenia Kolumbów, trafił na roboty przymusowe do Niemiec, był w obozie koncentracyjnym, ledwo go przeżył. Był sam, nigdy nie założył rodziny, więc na wsi uchodził za innego, dziwaka. Fascynował mnie, zresztą właśnie tacy bohaterowie fascynują mnie w kinie - odmieńcy, "galernicy wrażliwości", jakby to określiła prof. Maria Janion.

Sąsiad jako jeden z pierwszych miał telewizor, oglądał filmy Bergmana. Zapraszał mnie na seanse, miałem 13- 14 lat, mało z tego rozumiałem, ale czułem, że są istotne. Oczywiście oglądałem wtedy również "Winnetou", "Stawkę większą niż życie", "Bonanzę" i "Czterech pancernych", ale też "Siódmą pieczęć". Dyskutowaliśmy później o tych filmach. I tak mi zostało do dzisiaj.

Na studiach trafiłem do dyskusyjnego klubu filmowego w akademiku przy ul. Kickiego na Grochowie, gdzie przemieszkałem parę ładnych lat.

Powiedzmy otwarcie - mieszkał pan w tym akademiku 10 lat. Rekord.

- Tak, tam się wychował mój starszy syn. To były lata 80., a ja w Kicu prowadziłem DKF.

Który nazywał się Ubab. Czyli?

- Zaczynałem studia w '77 roku i akademik był podzielony na żeński i męski. DKF Ubab, czyli w żeńskiej części. DKF był ważny, bo ośmieliłem się dzielić z kolegami, koleżankami moimi wyborami filmowymi. Byłem bardzo ciekawy - wciąż jestem - reakcji innych na filmy, które mi się podobają. Kiedy miałem więcej czasu, w kinie Muranów, które też prowadzi moja firma, podsłuchiwałem rozmowy widzów. Byłem ciekawy ich reakcji. Po to jest kino autorskie - traktuje widza poważnie, chce z nim rozmawiać.

W jednym z wywiadów znalazłem zdanie, które mnie zastanowiło: "W dzieciństwie zazdrościłem innym, miałem żal do świata i do Boga".

- Zazdrościłem innym, że może mają fajniej niż ja. Że gdzieś jest fajniejszy świat. Jestem bardzo introwertyczny, chyba za bardzo walczyłem ze światem.

A teraz, jak już pan poznał tych wszystkich Greenawayów, Antonionich, Almodóvarów - to mają lepiej, żyją w fajniejszym świecie?

- Mają kino, tworzą, obdarzają swoimi emocjami filmy.

Z Antonionim spędził pan tydzień.

- To był 1996 r., zaprosiłem go na premierę filmu "Po tamtej stronie chmur".

Podziel się