O fajnym doktorze, który został pisarzem
22.12.2009
aktualizacja: 2009-12-29 10:39
FOT. BARTOSZ BOBKOWSKI / AGENCJA GAZETA
Katar, skaleczenie, alergia, biegunka, pobyt w szpitalu - powstaje nowa seria książek dla dzieci oswajających je z chorobą i leczeniem. Ciekawie napisana, intrygująco zilustrowana. Pierwszy tytuł "Lądowanie rinowirusów. Przeziębienie" jest już w księgarniach
ZOBACZ TAKŻE
- Zapach Politechniki: trochę z kaszalota, trochę z bobra (28-12-09, 09:00)
- Powrót T-Raperów. Nagrali płytę, będzie program w TV? (04-01-10, 10:28)
Marta Lipczyńska-Gil jest właścicielką oficyny Hokus-Pokus wydającej książki dla dzieci, szefową "Rymsa", pisma o literaturze dla najmłodszych, i mamą Franka i Julka. Wojciech Feleszko jest lekarzem, wykładowcą akademickim, naukowcem, tatą Kuby i Kajtka. Spotkali się w gabinecie, gdy zachorował starszy syn Marty. Franek wyzdrowiał, a Marta i dr Wojtek postanowili wydać książkę o katarze... To początek serii o chorobach dla małych czytelników.
Oto rodzina Nosków z Milanówka: energiczna mama, trochę mniej energiczny tata, Julka i Kajtek oraz szczur Maurycy i kot Cywil. Razu pewnego kolega Kajtka w przedszkolu głośno kicha. Jeszcze tego samego dnia mama musi odebrać Kajtka wcześniej, bo chłopiec czuje się niewyraźnie i jak się okazuje ma temperaturę. Bez wizyty doktora Florentego Orzeszki się nie obędzie... Doktor to postać wielce oryginalna, przyjeżdża do chorego Kajtka na swoim motorze w kasku orzeszku. Zapisuje mu krople do nosa i ulubiony przez doktora syrop o zapachu galaretki owocowej i starych opon.
Beata Kęczkowska: Było jak w dowcipie "Przychodzi baba do lekarza..."?
Marta Lipczyńska: Właśnie tak! Szukałam dobrego pediatry, dostałam namiar na Wojtka. I pojawiłam się u doktora Feleszki w gabinecie z moim zagluconym synem Frankiem. Oprócz tego, że doktor zbadał Franka, gluty oglądał wnikliwie, to zaczęliśmy też rozmawiać o książkach. Okazało się, że doktor zna wydaną przeze mnie książkę "Historia o małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę" i jest fanem kreta. A fanami kreta nie są wszyscy, bo nie wszyscy łapią ten rodzaj humoru.... Obejrzałam też biblioteczkę w gabinecie. I doktor, jakoś tak między wierszami, powiedział, że jego wielkim marzeniem jest napisanie książki dla dzieci.
Tak od razu, przy okazji pierwszej wizyty?
Wojciech Feleszko: Nie.
M.L.: Tak.
W.F.: No może. Miałem już jakieś próby literackie za sobą, które jednak nie zaistniały poza moim komputerem. Gdy o nich wspomniałem, Marta się ucieszyła i powiedziała, żebym przesłał fragmencik.
M.L. Długo niczego nie dostawałam. Ale też odezwał się we mnie instynkt wydawcy. Owszem, sympatyczny pan doktor, zobaczymy jednak, czy umie pisać, ma dobry kontakt z dziećmi, może coś z tego fajnego się wykluje... A że Franek co chwila miał gluta, nasze wizyty w gabinecie były regularne, to zaczęłam naciskać na doktora, żeby wreszcie pokazał mi te swoje próby pisarskie.
W.F.: Książka mojego dziadka jest na liście lektur, w mojej rodzinie osoby piszące książki są już od trzech pokoleń... I chociaż coś tam sobie myślałem, żeby pisać, a może wydać, to dopiero Marta mnie zmobilizowała. Fundamentalna sprawą w mojej pracy jest komunikacja z dziećmi, która nie jest rzeczą prostą. Wielu moich kolegów ma z tym problem, jak rozmawiać z rodzicami i dziećmi w sposób zrozumiały. Przy drobnych sprawach typu katar to może nie jest tak istotne, ale przy cięższych chorobach koniecznie trzeba wytłumaczyć dziecku, co się z nim dzieje.
Czyli taka książka jest potrzebna?
M.L.: Tak, bardzo. Wyszłam od własnego doświadczenia, matki, która ma kłopot z chorym dzieckiem i nie radzi sobie z podaniem leków. Nie było mowy, żeby Franek zechciał przyjąć krople do nosa. Zmierzyć temperaturę? Syrop? W życiu! Tak sobie więc kombinowałam, by stworzyć fajną postać lekarza, który będzie przyjazny, dzieci nie będą się go bały, a rodzicom życie ułatwi, bo dzięki niemu będzie im prościej dotrzeć do chorujących i marudnych maluchów.
W.F.: Marta kładzie nacisk na fajnego lekarza. Dla mnie w tej serii ważniejsze jest, by dziecko zrozumiało, po co coś się robi, co się z nim dzieje. Osoba lekarza jest wtórna...
M.L. : Nie zgadzam się. On jest bardzo ważny! Jestem lekarskim dzieckiem, moja mama - chirurg ma świetny kontakt z pacjentami, i takiego zawsze oczekiwałam od lekarzy, do których trafiałam, ale z tym bywało różnie. Nie raz trafiłam na takiego, od którego lepiej uciekać.
W.F. : Ale nie boisz się lekarza, tylko bolesnych procedur.
M.L. : Ale za tym stoi lekarz! On cię przeprowadzi przez chorobę albo zostawi samego. W książce więc musiał to być fajny gość.
Taka mieszanka współczesności, bo używa nowoczesnego sprzętu, jeździ z komputerkiem, ale jednocześnie jest trochę romantyczny i ma kask w kształcie orzeszka. A to się też wzięło z życia, bo Wojtek jeździ skuterem.
W.F. : Jeździłem do pacjentów skuterem, bo w mieście to świetny środek komunikacji. Pakuję moją torbę z tymi wszystkimi utensyliami, zabieram i jadę.
Nie spada autorytet?
W.F. : Z powodu skutera? Że niepoważny, że nieodpowiedzialny? A doktor powinien być ostoją powagi? No może mój wizerunek trochę ucierpiał...
Oto rodzina Nosków z Milanówka: energiczna mama, trochę mniej energiczny tata, Julka i Kajtek oraz szczur Maurycy i kot Cywil. Razu pewnego kolega Kajtka w przedszkolu głośno kicha. Jeszcze tego samego dnia mama musi odebrać Kajtka wcześniej, bo chłopiec czuje się niewyraźnie i jak się okazuje ma temperaturę. Bez wizyty doktora Florentego Orzeszki się nie obędzie... Doktor to postać wielce oryginalna, przyjeżdża do chorego Kajtka na swoim motorze w kasku orzeszku. Zapisuje mu krople do nosa i ulubiony przez doktora syrop o zapachu galaretki owocowej i starych opon.
Beata Kęczkowska: Było jak w dowcipie "Przychodzi baba do lekarza..."?
Marta Lipczyńska: Właśnie tak! Szukałam dobrego pediatry, dostałam namiar na Wojtka. I pojawiłam się u doktora Feleszki w gabinecie z moim zagluconym synem Frankiem. Oprócz tego, że doktor zbadał Franka, gluty oglądał wnikliwie, to zaczęliśmy też rozmawiać o książkach. Okazało się, że doktor zna wydaną przeze mnie książkę "Historia o małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę" i jest fanem kreta. A fanami kreta nie są wszyscy, bo nie wszyscy łapią ten rodzaj humoru.... Obejrzałam też biblioteczkę w gabinecie. I doktor, jakoś tak między wierszami, powiedział, że jego wielkim marzeniem jest napisanie książki dla dzieci.
Tak od razu, przy okazji pierwszej wizyty?
Wojciech Feleszko: Nie.
M.L.: Tak.
W.F.: No może. Miałem już jakieś próby literackie za sobą, które jednak nie zaistniały poza moim komputerem. Gdy o nich wspomniałem, Marta się ucieszyła i powiedziała, żebym przesłał fragmencik.
M.L. Długo niczego nie dostawałam. Ale też odezwał się we mnie instynkt wydawcy. Owszem, sympatyczny pan doktor, zobaczymy jednak, czy umie pisać, ma dobry kontakt z dziećmi, może coś z tego fajnego się wykluje... A że Franek co chwila miał gluta, nasze wizyty w gabinecie były regularne, to zaczęłam naciskać na doktora, żeby wreszcie pokazał mi te swoje próby pisarskie.
W.F.: Książka mojego dziadka jest na liście lektur, w mojej rodzinie osoby piszące książki są już od trzech pokoleń... I chociaż coś tam sobie myślałem, żeby pisać, a może wydać, to dopiero Marta mnie zmobilizowała. Fundamentalna sprawą w mojej pracy jest komunikacja z dziećmi, która nie jest rzeczą prostą. Wielu moich kolegów ma z tym problem, jak rozmawiać z rodzicami i dziećmi w sposób zrozumiały. Przy drobnych sprawach typu katar to może nie jest tak istotne, ale przy cięższych chorobach koniecznie trzeba wytłumaczyć dziecku, co się z nim dzieje.
Czyli taka książka jest potrzebna?
M.L.: Tak, bardzo. Wyszłam od własnego doświadczenia, matki, która ma kłopot z chorym dzieckiem i nie radzi sobie z podaniem leków. Nie było mowy, żeby Franek zechciał przyjąć krople do nosa. Zmierzyć temperaturę? Syrop? W życiu! Tak sobie więc kombinowałam, by stworzyć fajną postać lekarza, który będzie przyjazny, dzieci nie będą się go bały, a rodzicom życie ułatwi, bo dzięki niemu będzie im prościej dotrzeć do chorujących i marudnych maluchów.
W.F.: Marta kładzie nacisk na fajnego lekarza. Dla mnie w tej serii ważniejsze jest, by dziecko zrozumiało, po co coś się robi, co się z nim dzieje. Osoba lekarza jest wtórna...
M.L. : Nie zgadzam się. On jest bardzo ważny! Jestem lekarskim dzieckiem, moja mama - chirurg ma świetny kontakt z pacjentami, i takiego zawsze oczekiwałam od lekarzy, do których trafiałam, ale z tym bywało różnie. Nie raz trafiłam na takiego, od którego lepiej uciekać.
W.F. : Ale nie boisz się lekarza, tylko bolesnych procedur.
M.L. : Ale za tym stoi lekarz! On cię przeprowadzi przez chorobę albo zostawi samego. W książce więc musiał to być fajny gość.
Taka mieszanka współczesności, bo używa nowoczesnego sprzętu, jeździ z komputerkiem, ale jednocześnie jest trochę romantyczny i ma kask w kształcie orzeszka. A to się też wzięło z życia, bo Wojtek jeździ skuterem.
W.F. : Jeździłem do pacjentów skuterem, bo w mieście to świetny środek komunikacji. Pakuję moją torbę z tymi wszystkimi utensyliami, zabieram i jadę.
Nie spada autorytet?
W.F. : Z powodu skutera? Że niepoważny, że nieodpowiedzialny? A doktor powinien być ostoją powagi? No może mój wizerunek trochę ucierpiał...
1
2
następne »
-
O fajnym doktorze, który został pisarzem
wredny_widelec
06.01.10, 12:14
Znakomity pomysł, dobrze że ktoś wziął się za pisanie takich książeczek.Postać sympatycznego lekarza na skuterze to może być dobry sposób, żeby oswoićdzieciaki z wizytami w gabinecie »
Najczęściej czytane24 htydzień
- "Tu kupisz papierosy, które szkodzą zdrowiu"
- Mucha nie siada: będzie biegła dookoła Narodowego!
- Kibice Legii przeszli pod Narodowy. "Zakpili" z policji i nie zrobili zadymy [MINUTA PO MINUCIE]
- Pośród ruin pasą się kozy. Nieznane zdjęcia z odbudowy
- Walentynki w Warszawie: Jak spędzić Dzień Zakochanych?
- Sielanka: przedwojenna agronomia na Marymoncie
- Czytelnicy o "paście": radni robią pośmiewisko
- "Tu kupisz papierosy, które szkodzą zdrowiu"
- Drewniane perły architektury - zobacz je, zanim spłoną
- Ryanair o lotnisku Chopina: "Shocking!" Wszystko źle
- Nowe tanie loty z Modlina. Osiem kierunków od 99 zł
- Unikalna osada fabryczna sprzed 100 lat. Zobacz zdjęcia
- Deweloper: "oaza luksusu". Mieszkańcy idą do sądu
- Nietypowa knajpa. Sam oceń ile zapłacisz za jedzenie



