(...) nad Chłodną - czyli to, co przemilczane

Rozmawiała Agnieszka Kowalska
2010-01-04 aktualizacja: 2010-01-04 18:36
A A A Drukuj
Anna Baumgart i Agnieszka Kurant chciały zrekonstruować na Chłodnej kładkę łączącą w czasie wojny dwie części żydowskiego getta. Nie udało się. Zrobiły więc wielokropek - bardziej symboliczną pracę o tabu, tematach pominiętych i przemilczanych.
Ogromny znak interpunkcyjny - (...) - zawisł tydzień temu nad ulicą Chłodną, w miejscu wojennej kładki. Kosmiczne, kołyszące się na wietrze srebrne balony przypominają popowe prace Andy'ego Warhola czy Jeffa Koonsa. To kolejny po kibucu zbudowanym na skwerze przy ul. Anielewicza na potrzeby filmu Yael Bartany śmiały artystyczny projekt, w którego realizację zaangażowało się Muzeum Historii Żydów Polskich. Otrzymał on również dotację ze stołecznego biura kultury.

Agnieszka Kowalska: Problemy techniczne sprawiają, że wielokropek wciąż nie wygląda dobrze. Co się dzieje?

Agnieszka Kurant: Rzeczywiście, problemy są, ale nie z naszej winy. Przygotowałyśmy z architektem i konstruktorem profesjonalny projekt, który Muzeum Historii Żydów Polskich otrzymało od nas kilka miesięcy temu. Miasto przyznało muzeum dotację w kwietniu. Wielokropek powinien był zawisnąć na Chłodnej już latem. Ostrzegałyśmy, że zwłoka nie jest dobra, że nie nadaje się on do realizacji zimą, bo materiał nie wytrzyma niskich temperatur, a konstrukcja - silnych wiatrów i śniegu.

Ale czy nie jest tak, że artystki powinny patrzeć producentowi na ręce do ostatniej chwili, żeby później nie wstydzić się efektu?

Anna Baumgart: Mnie nie interesuje tak bardzo skończone efektowne dzieło. Mnie interesuje projekt społeczny, proces, który dokonuje się w świadomości i wyobraźni mieszkańców Warszawy.

Artysta nie dysponuje pieniędzmi z budżetu projektu, nie ma wpływu na to, kiedy podpisane są umowy wykonawcze. A muzeum musi wieszać, bo jest wymóg rozliczenia się z dotacji jeszcze przed końcem roku.

Najpierw miała być kładka. Zacznijmy od niej. Dlaczego?

A.B.: Kładka jest fantomem. Była obecna w Warszawie od stycznia 1942 r. do zburzenia getta, potem nie było jej już fizycznie, ale pozostała w przestrzeni mentalnej miasta jak blizna. Co ciekawe, gdy zaczynałyśmy pracę nad tym projektem, okazało się, że bardzo niewiele osób w ogóle wie, gdzie ona dokładnie była. Mieszkańcy Chłodnej zarzekają się, że wiedzą, ale każdy wskazuje inne miejsce. Jeden z nich nawet buduje małą kładkę u siebie w domu.

Pociągała nas rekonstrukcja w skali 1:1, ale potwornie wystraszyła miasto, wzbudziła też niechęć intelektualistów.

Czego się przestraszyli?

A.B.: Jedni bali się tego, że odbudowujemy fragmenty getta, inni - że zostanie sprofanowana żydowska pamięć (chociaż np. Piotr Paziński, naczelny miesięcznika „Midrasz”, był za; również Fundacja Odnawiania Znaczeń).

To generowało ogromne emocje, ale wynikało z niezrozumienia sensu naszego projektu. Nam nie chodziło o odbudowanie kładki na Chłodnej. Chciałyśmy postawić tu obiekt, który pozbawiony byłby tej praktycznej funkcji. Byłby abstrakcyjną formą. Ludzie mogliby na tę kładkę wchodzić lub wjeżdżać windą i spoglądać na ulicę z innej perspektywy.

A.K.: Nasza kładka niczego już by nie dzieliła ani nie łączyła. Generowałaby nowe znaczenia.

A.B.: - W tym kontekście przypomina mi się praca Maurizio Cattelana, który powiesił w Mediolanie na drzewie trzy figury chłopców. Wisieli na gałęziach, tak jakby popełnili samobójstwo albo zostali powieszeni. Rzeźby wywołały opór mieszkańców i na ich wniosek zostały zdjęte. To było tak realistyczne, że nie do przyjęcia. Za bardzo człowiekopodobne, a jednak nieludzkie.

A.K.: Coś takiego się działo w ich podświadomości, że ci zwykli ludzie, nieinteresujący się sztuką, nie mogli tego znieść. Fascynuje mnie ten moment, w którym coś, co jest sztuką, przestaje być tak odbierane, staje się rzeczywistością. Taką sytuację mieliśmy w Zachęcie, kiedy posłowie postanowili uratować papieża przygniecionego meteorytem.

Kładka byłaby dla warszawiaków jak ci wisielcy Cattelana?

A.B.: W pewnym sensie tak. Ale nie spodziewałam się, że jest aż takim tabu, tak zawłaszczonym przez „strażników pamięci”. Mam na myśli ludzi, którzy z racji piastowanego urzędu czy szeroko rozumianej władzy są powołani do decydowania o tym, jakim językiem - również tym wizualnym - można mówić o traumie i kto ma do tego prawo. Dotleniacz na pl. Grzybowskim mógł zaistnieć, bo forma tej pracy była przyjazna, bezpieczna, mimo że miejsce też było trudne.

A.K.: Decydenci usilnie chcieli nas namówić na to, żeby to było bardziej „sztuczne”, żebyśmy chociaż przesunęły tę kładkę o metr, dwa dalej. Powtórzenie 1:1 nie było wystarczająco „artystyczne”.

Kim są ci strażnicy pamięci? Konkretnie.

A.B.: To urzędnicy państwowi, instytucje, tj. IPN, muzea: Powstania Warszawskiego, Historii Żydów Polskich, ale też pewni badacze, intelektualiści. Ale nie używam tego określenia w sensie pejoratywnym. Dlatego od początku chciałyśmy nasz projekt zrealizować z Muzeum Historii Żydów Polskich, bo jeśli muzeum wyrazi zgodę, to już polski urzędnik nie będzie się bał w taki projekt wejść, bo już będzie wiedział, że on nie obraża Żydów, że nie jest antysemicki.

A.K.: Główny estetyk miasta pan Tomasz Gamdzyk stwierdził, że nasz projekt powinien być skonsultowany z sekretarzem generalnym Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzejem Przewoźnikiem. Nie pomogły nasze próby tłumaczenia, że jest to instalacja artystyczna, a nie pomnik. Że sztuka może dotykać tematów pamięci, nie stając się pomnikiem.

Jak kładka zmieniła się w wielokropek?

A.B.: Bardzo silnie odczułyśmy, jak ten teren naznaczony jest tabu. Jak tu się trudno poruszać. Czym jest ta forma kładki, jak jest zawłaszczona przez różne siły i kto może o tym mówić. Czy mogę ja jako Polka, artystka? Wątpliwe.

A.K.: A ja, jako Żydówka, już mogę? To jest tak jak z najgorszymi dowcipami o Holocauście, które mogą opowiadać tylko Żydzi. Dlatego ważne jest to, że ten projekt realizują wspólnie Polka i Żydówka.

A.B.: Ważne jest też to, że jest on wędrowny, niejako do wynajęcia. Chciałybyśmy, żeby się przemieszczał, zaistniał w różnych miejscach, w których mają miejsce konflikty. Niekoniecznie tam, gdzie dokonała się Zagłada. Przeniesiony w inne miejsce nie zabierze ze sobą tych murów getta.

A.K.: Bo to nie jest praca o Holocauście, o lokalnych warszawskich problemach, o getcie. To jest praca o istnieniu tabu w kulturze, w różnych kulturach, i jak paradoksalnie te kwestie, które są niewypowiedziane, formują nas jako społeczeństwo. Może nawet bardziej niż te, o których można otwarcie mówić.

Zrozumiałyśmy, że problem leży w języku. Że pewne kwestie są spychane poza nawias oficjalnej debaty. I tak doszłyśmy do takiego prostego znaku, który oznacza przerwę, przemilczenie, pominięcie, ocenzurowanie.

A.B.: Forma jest otwarta, transparentna, ale nakładają się na nią znaczenia i treści wynikające z aktualnego kontekstu politycznego, ekonomicznego. Rzeczywistość zewnętrzna odbija się w tych lustrzanych balonach. Bardzo ważna była ta dyskusja, która przetoczyła się na ten temat w urzędach, również bardzo pouczająca dla nas.

Co jest tabu w tym konkretnym miejscu, w Warszawie na Chłodnej?

A.K.: Ogólnie stosunki polsko-żydowskie. Nie tylko kwestia Holocaustu, Polaków którzy patrzyli na zagładę Żydów, byli w sytuacji bierności wymuszonej terrorem. Ale również to, co wydarzyło się w 1968 r., a o czym się mniej mówi. Naród polski znów patrzył na exodus tej garstki Żydów, która tu została. Bycie świadkiem, nawet niemym świadkiem, jest ogromnym obciążeniem. To poczucie winy trwa.

A.B.: Wielokropek jest formą najwłaściwszą tu i teraz w Warszawie. Istnieją pewne treści, które nie są do wypowiedzenia czy przeczytania w danych okolicznościach. Jest czas na jakąś pracę, a na jakąś jeszcze nie. Wielokropek to jest to. Kiedy godzinami sterczałam na mrozie w trakcie montażu, podchodzili do mnie mieszkańcy ulicy Chłodnej, dziękując za tę pracę. Wtedy poczułam sensowność tej szarpaniny. Ale walczymy dalej, do skutku.

Podziel się