Wiarołomni z TR Warszawa

Dorota Wyżyńska
27.01.2010 aktualizacja: 2010-01-27 23:07
A A A Drukuj
Maja Ostaszewska i Redbad Klijnstra podczas próby Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
  • Maja Ostaszewska i Redbad Klijnstra podczas próby 'Wiarołomnych'
  • Maja Ostaszewska i Redbad Klijnstra podczas próby 'Wiarołomnych'
  • Maja Ostaszewska i Redbad Klijnstra podczas próby 'Wiarołomnych'
  • Maja Ostaszewska i Redbad Klijnstra podczas próby 'Wiarołomnych'
Scenariusze filmowe Bergmana rzadko trafiają na nasze sceny. Tym większe oczekiwania związane są z przygotowywaną właśnie w TR Warszawa premierą "Wiarołomnych" w reżyserii Artura Urbańskiego
Obsada jest wyborna: Maja Ostaszewska, Redbad Klijnstra, Adam Woronowicz i wreszcie Władysław Kowalski, który się wcieli się w postać Bergmana. To właśnie reżyser Bergman wysłuchuje zwierzeń aktorki Marianne Vogler, żony dyrygenta Markusa i matki dziewięcioletniej Isabelle. Marianne opowie mu o swoim związku z przyjacielem jej męża, reżyserem teatralnym Davidem.

Bergman w Teatrze Rozmaitości: "Ludzka rzeźnia"

Premiera "Wiarołomnych" już w niedzielę 31 stycznia.



Rozmowa z Mają Ostaszewską i Arturem Urbańskim

Dorota Wyżyńska: Liv Ullmann, reżyserka filmowej wersji "Wiarołomnych", nazwała ten tekst Bergmana "dreszczowcem dusz". Sam Bergman mówił, że to "dramat namiętności", "prawie thriller". A jakie określenia pojawiały się u was na próbach?

Maja Ostaszewska: Dreszczowiec dusz - bardzo efektowne. Chyba nie powiem nic bardziej spektakularnego (śmiech). Ten dramat jest wielopłaszczyznowy, pełen sensów. W trakcie pracy mówiliśmy dużo namiętnościach, o rozliczeniu, "pożegnaniu" z życiem, o tym, że jest to rodzaj psychodramy.

Artur Urbański: Ale określenie psychodrama dotyczy bardziej naszej inscenizacji niż samego tekstu. W tę stronę idziemy. "Wiarołomni" mówią o relacji z drugim człowiekiem, tej najbliższej. Czy jesteśmy w stanie oddać się komuś tak do końca i na całe życie? Czy to wszystko, czego się uczyliśmy, czym nasiąkaliśmy od małego - wiara w prawdę i uczciwość w związku - jest możliwe do zrealizowania w dzisiejszych czasach? To pytanie, które sobie zadawałem od dawna, było głównym powodem, dla którego zdecydowałem się po ten materiał sięgnąć.

Nie chcemy oceniać tych wiarołomnych. Tym bardziej że wszyscy bywamy, jesteśmy, byliśmy wiarołomni. Każdy z nas - czy prawie każdy, żeby nie generalizować - zna smak zdrady. Albo był zdradzony, albo zdradzał. To jest coś intymnego, o czym się nie mówi, co się często z siebie wypiera, ale jest... aspektem naszego życia. To boli, doskwiera, zostaje, determinuje nas na przyszłość. Zrobiliśmy coś, po czym jesteśmy inni. Choćby dla siebie samych.

Wiem, że z zamiarem wystawienia "Wiarołomnych" nosiłeś się od dawna.

A.U.: Ten tekst do mnie trafił w bardzo szczególnym momencie. Właśnie rozleciał mi się związek. "Wiarołomnych" dostała do przeczytania moja była żona od mojego przyjaciela, który otrzymał świeżutkie tłumaczenie od Tadeusza Szczepańskiego. Od razu pomyślałem, że to genialny tekst na teatr. Kilka tygodni później dowiedziałem się, że Liv Ullmann kręci film. Kiedy go obejrzałem, nie ukrywam, że byłem rozczarowany. Miałem wrażenie, że w wersji filmowej ta historia już mnie prywatnie tak nie dotyczy. Ten tekst został przeniesiony na ekran niemal co do przecinka. Uważam, że to błąd. Zabrakło reżysera.

A teraz, przygotowując się do premiery, oglądaliście film? Wspominacie go na próbach?

M.O.: Nie. Oglądałam "Wiarołomnych" kilka lat temu, kiedy byli na ekranach kin. Teraz przez moment miałam taką pokusę, aby obejrzeć film ponownie, ale nie uznałam tego za konieczne. Zrobił na mnie duże wrażenie, choć to, że Bergman jest tam takim ciepłym dziadkiem, trochę mnie denerwowało. Te jego rozmowy w filmie z Marianne wydawały mi się zbyt uładzone. Zwłaszcza że wiemy, choćby z tego, co pisał w "Laternie Magice", że w relacjach międzyludzkich był niezłym ziółkiem.

Ale też trzeba pamiętać, że kompletnie innym medium jest film, a innym teatr. "Wiarołomni" to scenariusz filmowy. Tu nie ma żadnych wskazówek dla teatru. To z jednej strony cudowne, bo daje totalną wolność reżyserowi, ale jednocześnie nie pomaga. W filmie, kiedy Marianne opowiada o przeszłości, robi się sceny realistyczne i już. My szukamy innego klucza, metafory. Nie zapominamy, że to jest opowieść w teatrze. Jak próba między aktorką a reżyserem.

Bo jednym z bohaterów "Wiarołomnych" jest Bergman. Tak się nazywa postać, która prowadzi rozmowę z Marianne. Bergman sam siebie wprowadził do tego scenariusza. Co dla was znaczy ten zabieg dramaturgiczny?

A.U.: Nie usiłujemy przywołać Bergmana. Nie zastanawiamy się nad jego nawykami, zachowaniem... Dla mnie Bergman jest tu raczej synonimem kreatora. To ktoś, kto spędził kawał życia za kamerą, w teatrze i opowiada o świecie. Interesuje nas Bergman jako autor, jako ktoś, kto tworzy sztuczny świat, ale tworzy go z siebie, daje siebie innym.

M.O.: Ta forma jest dla mnie bardzo ciekawa. To jest opowiadanie. Przyglądamy się tej historii z perspektywy, z dystansu. Jesteśmy w zdarzeniach z przeszłości, ale ze świadomością, że opowiadamy o tym dziś. Ta granica - bardzo łatwo przez nas przekraczalna - bycia dziś i wtedy jest nie tylko ciekawym doświadczeniem aktorskim, ale daje - mam wrażenie - drugie dno, dodatkową wartość.

A twoja bohaterka? Rozumiesz ją? Czego wciąż o niej nie wiesz? Jak budujesz swoją postać?

M.O.: Przez ostatnich kilka lat nie pracowałam z Krystianem Lupą, ale jego szkoła jest silnie we mnie. I za każdym razem zaczynam pracę nad rolą od takiego - jak to mówi Krystian - procesu zasiewania w sobie postaci. Nie zakładam niczego z góry, pozwalam jej we mnie kiełkować, dojrzewać. My, aktorzy, nie możemy oceniać postaci, musimy z nią współodczuwać. Nawet jeśli prywatnie się nie zgadzamy, to powinniśmy tak to przepracować w sobie, żeby nie grać z dystansem.

W dużym stopniu rozumiem Marianne. Rozumiem jej wrażliwość, rozumiem jej namiętności. Niektóre jej zachowania względem dziecka są dla mnie... podejrzane, ale nie mogę tego oceniać. Zresztą nigdy nie wiemy, jak byśmy się naprawdę zachowali w sytuacji kryzysowej. Często pewnie niezgodnie z własnymi wyobrażeniami na swój temat. Ta sztuka jest zresztą też o tym. Marianne to osoba inteligentna, świadoma siebie, wie, że ma też prawo do własnego szczęścia. Lubi mieć poczucie, że wszystko jest na miejscu, w pewnym sensie lubi kontrolować swoje życie. To, że nagle jej się to wszystko wymyka, jest dla niej niezwykle trudne. Do tej pory czuła, że jest odpowiedzialna za to, co się wydarza, a tu nagle staje się bezwolna. Marianne wielokrotnie mówi, podkreśla: "Gdybym wtedy nie zrobiła tego, toby nie zdarzyło się to...". "Gdybyśmy się nie spotkali, gdyby on mnie wtedy nie wzruszył, to pewnie bym do niego więcej nie przyszła". Nieuchronność losu, determinacja, jak z dramatu antycznego.

Podziel się