Okresowe fascynacje kolorem różowym
12.07.2010
aktualizacja: 2010-07-12 16:45
Ma już kilka wydanych książek i wielki apetyt na ilustrowanie następnych. W naszym cyklu rozmów z twórcami książek dla dzieci dziś wywiad z młodą graficzką Agatą Dudek
ZOBACZ TAKŻE
- Zrobić "D.O.M.E.K." dla dorosłych (18-07-10, 18:21)
- Książki ze snów (04-07-10, 18:00)
Rozmowa z Agatą Dudek
Beata Kęczkowska: "Piecyk, czapeczka i budyń" napisana przez Annę Onichimowską była jedną z pierwszych książek z pani ilustracjami. Co się czuje, biorąc taką książkę do ręki?
Agata Dudek: Szczerze? Otwieram książkę i myślę: "Mogłam to zrobić inaczej". I mam tak za każdym razem... Widzę, że mogłam zastosować inną kompozycję, a i bohaterowie może powinni być inni... Zaczynam wyłapywać niedoskonałości i wydaje mi się, że jeśli ja coś widzę i mnie coś takiego w gotowej książce razi, to tym bardziej zobaczy to ktoś, kto będzie ją chciał kupić.
Czyje ilustracje pani lubi?
- Wychowałam się na ilustracjach Stannego, Grabiańskiego, Strumiłły, Wilkonia czy Olgi Siemaszko. Do dziś mam do nich ogromny sentyment. Poza tym lubię twórczość Delphine Durand, Muriel Kerby, Sylvie Bessard, Henninga Wagenbretha, studia 123klan czy wielu innych rodzimych artystów.
Oj, chyba niektóre z nich podbierała pani starszemu rodzeństwu.
- Nie mam starszego rodzeństwa. Książki z ich ilustracjami były w domu, mama mi je czytała. Stanny w ilustracjach do baśni Andersena robił na mnie traumatyczne wrażenie. Miałam tam swoje typy, które mi mama musiała przysłaniać czystymi kartkami, inaczej dostawałam ataków histerii.
Bała się pani?
- Najbardziej bałam się przerażającego metalowego słowika z trupią czaszką zamiast głowy. Do dziś, gdy na niego patrzę, zastanawia mnie ta forma. Mam też parę francuskich ilustratorek, które stanowią dla mnie bazę insipiracyjną, m.in. wcześniej wspomniane Durand, Kerba, Bessard. Bardzo podoba się to, co robią ludzie u nas w Polsce, ostatnio np. Jan Kallwejt, Rafał Szczepaniak czy Ada Buchholz.
Przed czym pani ucieka?
- Przed Barbie, przed pseudobogactwem, stylistyką naiwności, bezguściem, wszechobecnym różem, brokatem, tłoczeniami. Przed tym uciekam. I przed hiperrealizmem, bo wydaje mi się odtwórczy. Po prostu staram się omijać, nie dotykać. Zdaję sobie sprawę, że ciągle mało zrobiłam, mało wiem... Co jakiś czas mam okresową fascynację. Też jestem fanką różowego i okres różowy trwa u mnie pół roku, a potem następuje skok do ograniczonej palety barw, wybieram sobie tylko trzy kolory. Mam wysoko rozwiniętą krytykę w stosunku do tego, co robię. Zanim mi coś wyjdzie dobrego, drę papiery, wywalam.
Może niech pani jednak nie wyrzuca?
- Mama już mi zaczęła zabierać (śmiech). Ale na początku, zanim cokolwiek narysowałam, obok mnie leżała kupa podartego papieru. Mam impulsywną naturę, jak coś mi nie wychodzi, zaczynam się denerwować. Oczywiście jest nieco inaczej, gdy robię coś dla siebie, a inaczej, gdy coś do miasta. Wtedy narzucam sobie dyscyplinę, pewne ograniczenia. Wiadomo, że wydawcy nie wszystko zaakceptują, coś wydaje się im zbyt nowoczesne. A prawda jest taka, że nawet te nasze najbardziej awangardowe książki pokazane na Zachodzie stają się przeciętne. Ale wierzę, że to się zmieni, że znikną wszystkie ograniczenia. Książka powinna być przecież przedmiotem artystycznym, powinna oswajać dziecko ze sztuką.
Co decyduje o tym, że pani odrzuca jakiś tekst, mówi "nie"?
- Nie dostaję aż tak dużo propozycji, żebym mogła je odrzucać... Ale zawsze ważne jest dla mnie, żeby tekst miał wyrazisty charakter, podobnie jak główny bohater, ważna jest dla mnie atmosfera tekstu. Nauczyłam się też, że wydanie książki to czasochłonny proces. Jest w nim czekanie na oferty i czekanie, aż coś się spodoba. To ogromna różnica między książką a ilustrowaniem dla prasy, co jest bardzo szybkie i sprawia mi frajdę.
Jak to było z drugą książką, "Wrony i wąż" Huxleya?
- Odbyło się coś na kształt castingu. Kilku grafików przedstawiło swoje propozycje i akurat moja zajawka tego tekstu się spodobała. To opowiadanie głęboko osadzone w epoce. Chciałam, żeby w ilustracjach odczuwało się charakter angielskiej prowincji, a jednocześnie żeby nie ocierały się o zbytni realizm. Widziałam angielskie wydanie tej książki, było dosyć realistyczne, nie chciałam tak.
Chce się pani skupić tylko na ilustracjach do książek dla dzieci?
- Nie! Bardzo lubię ilustrować do magazynów, do prasy. Nie chciałabym się ograniczać. Wydaje mi się, że to jest błąd, zrobić to sobie na samym początku, bo potem ludzie utożsamiają danego twórcę, że jest tylko dla dzieci, i nie ma szansy realizowania się gdzie indziej. Lubię bardzo ilustrowanie i nie chcę się rysować tylko do książek dziecięcych czy z kolei być tylko ilustratorem prasowym.
Czy są pani zdaniem różnice w ilustrowaniu dla dzieci i dla dorosłych?
- Nie mam takich rozgraniczeń. Dając dziecku książkę, trzeba się liczyć z tym, że i tak ono zinterpretuje ją w taki sposób, jak będzie chciało. Uważam za niedobre zbytnie infantylizowanie książek dla dzieci, żeby wszystko było zgodnie z prawdą i zgodnie z naturą. To jest może ważne, ale w przypadku słowników, atlasów, encyklopedii.
W książce literackiej kot nie musi wyglądać jak kot?
- Lepiej by było, gdyby wyglądał, ale nie musi być wyszczególniony każdy włos jego sierści i wszystkie pazurki. Nawet jeśli narysuję konia, który ma dwie nogi, to jestem pewna, że dziecko wie, że pozostałe są z tyłu albo że są podkulone. Ale oczywiście to nie może być tak, że namalujemy czerwoną plamę i będziemy wmawiać dziecku, że to koń.
Co chciałaby pani zilustrować?
- O, mamo, mnóstwo! Robiąc mój dyplom, widzę, że "Gargantua i Pantagruel" Rabelais'go jest tekstem z ogromnym potencjałem. Mam bardzo duży sentyment do poezji, do Jana Brzechwy i Juliana Tuwima. Oni są bardzo na tak. Lubię też absurdalną poezję angielską i opowiadania Rolanda Topora. Aktualnie skupiam się na moim dyplomie i jest tam mnóstwo ciekawego materiału do zilustrowania.
Co to będzie?
- Książka, w której wykorzystuję literackie cytaty z Gombrowicza, Różewicza, Rabelais'go, Prousta i innych dotyczące kulinariów, celebracji jedzenia. Najpierw zilustruję dany cytat, podam jego pełne brzmienie, potem na jego bazie zamieszczę przepis; wyszukuję je w różnych książkach kucharskich, portalach kulinarnych. Mam taki ambitny plan, że jak już zrobię sobie ze dwa egzemplarze autorskie na dyplom, to później będę z nimi chodzić. Może się jakiś wydawca zainteresuje.
Agata Dudek, warszawianka, rocznik 1984. Przygotowuje dyplom w Pracowni Ilustracji ASP. Zajmuje się ilustracją książkową i prasową, malarstwem, fotografią i designem. Współpracuje m.in. z Naszą Księgarnią, Exlibrisem, Cartalią-Press, GWP, Nową Erą, Ezopem, a także z "Exklusivem", DIIL-em i magazynem "Twoje Dziecko". Od 2008 roku rysuje również dla Endo. Laureatka wielu nagród i uczestniczka licznych wystaw. Jej ilustracje znalazły się m.in. w książce Anny Onichimowskiej "Piecyk, czapeczka i budyń" (wyd. Ezop 2009) i Aldousa Huxleya "Wrony i wąż" (wyd. Dwie Siostry 2010).
Beata Kęczkowska: "Piecyk, czapeczka i budyń" napisana przez Annę Onichimowską była jedną z pierwszych książek z pani ilustracjami. Co się czuje, biorąc taką książkę do ręki?
Agata Dudek: Szczerze? Otwieram książkę i myślę: "Mogłam to zrobić inaczej". I mam tak za każdym razem... Widzę, że mogłam zastosować inną kompozycję, a i bohaterowie może powinni być inni... Zaczynam wyłapywać niedoskonałości i wydaje mi się, że jeśli ja coś widzę i mnie coś takiego w gotowej książce razi, to tym bardziej zobaczy to ktoś, kto będzie ją chciał kupić.
Czyje ilustracje pani lubi?
- Wychowałam się na ilustracjach Stannego, Grabiańskiego, Strumiłły, Wilkonia czy Olgi Siemaszko. Do dziś mam do nich ogromny sentyment. Poza tym lubię twórczość Delphine Durand, Muriel Kerby, Sylvie Bessard, Henninga Wagenbretha, studia 123klan czy wielu innych rodzimych artystów.
Oj, chyba niektóre z nich podbierała pani starszemu rodzeństwu.
- Nie mam starszego rodzeństwa. Książki z ich ilustracjami były w domu, mama mi je czytała. Stanny w ilustracjach do baśni Andersena robił na mnie traumatyczne wrażenie. Miałam tam swoje typy, które mi mama musiała przysłaniać czystymi kartkami, inaczej dostawałam ataków histerii.
Bała się pani?
- Najbardziej bałam się przerażającego metalowego słowika z trupią czaszką zamiast głowy. Do dziś, gdy na niego patrzę, zastanawia mnie ta forma. Mam też parę francuskich ilustratorek, które stanowią dla mnie bazę insipiracyjną, m.in. wcześniej wspomniane Durand, Kerba, Bessard. Bardzo podoba się to, co robią ludzie u nas w Polsce, ostatnio np. Jan Kallwejt, Rafał Szczepaniak czy Ada Buchholz.
Przed czym pani ucieka?
- Przed Barbie, przed pseudobogactwem, stylistyką naiwności, bezguściem, wszechobecnym różem, brokatem, tłoczeniami. Przed tym uciekam. I przed hiperrealizmem, bo wydaje mi się odtwórczy. Po prostu staram się omijać, nie dotykać. Zdaję sobie sprawę, że ciągle mało zrobiłam, mało wiem... Co jakiś czas mam okresową fascynację. Też jestem fanką różowego i okres różowy trwa u mnie pół roku, a potem następuje skok do ograniczonej palety barw, wybieram sobie tylko trzy kolory. Mam wysoko rozwiniętą krytykę w stosunku do tego, co robię. Zanim mi coś wyjdzie dobrego, drę papiery, wywalam.
Może niech pani jednak nie wyrzuca?
- Mama już mi zaczęła zabierać (śmiech). Ale na początku, zanim cokolwiek narysowałam, obok mnie leżała kupa podartego papieru. Mam impulsywną naturę, jak coś mi nie wychodzi, zaczynam się denerwować. Oczywiście jest nieco inaczej, gdy robię coś dla siebie, a inaczej, gdy coś do miasta. Wtedy narzucam sobie dyscyplinę, pewne ograniczenia. Wiadomo, że wydawcy nie wszystko zaakceptują, coś wydaje się im zbyt nowoczesne. A prawda jest taka, że nawet te nasze najbardziej awangardowe książki pokazane na Zachodzie stają się przeciętne. Ale wierzę, że to się zmieni, że znikną wszystkie ograniczenia. Książka powinna być przecież przedmiotem artystycznym, powinna oswajać dziecko ze sztuką.
Co decyduje o tym, że pani odrzuca jakiś tekst, mówi "nie"?
- Nie dostaję aż tak dużo propozycji, żebym mogła je odrzucać... Ale zawsze ważne jest dla mnie, żeby tekst miał wyrazisty charakter, podobnie jak główny bohater, ważna jest dla mnie atmosfera tekstu. Nauczyłam się też, że wydanie książki to czasochłonny proces. Jest w nim czekanie na oferty i czekanie, aż coś się spodoba. To ogromna różnica między książką a ilustrowaniem dla prasy, co jest bardzo szybkie i sprawia mi frajdę.
Jak to było z drugą książką, "Wrony i wąż" Huxleya?
- Odbyło się coś na kształt castingu. Kilku grafików przedstawiło swoje propozycje i akurat moja zajawka tego tekstu się spodobała. To opowiadanie głęboko osadzone w epoce. Chciałam, żeby w ilustracjach odczuwało się charakter angielskiej prowincji, a jednocześnie żeby nie ocierały się o zbytni realizm. Widziałam angielskie wydanie tej książki, było dosyć realistyczne, nie chciałam tak.
Chce się pani skupić tylko na ilustracjach do książek dla dzieci?
- Nie! Bardzo lubię ilustrować do magazynów, do prasy. Nie chciałabym się ograniczać. Wydaje mi się, że to jest błąd, zrobić to sobie na samym początku, bo potem ludzie utożsamiają danego twórcę, że jest tylko dla dzieci, i nie ma szansy realizowania się gdzie indziej. Lubię bardzo ilustrowanie i nie chcę się rysować tylko do książek dziecięcych czy z kolei być tylko ilustratorem prasowym.
Czy są pani zdaniem różnice w ilustrowaniu dla dzieci i dla dorosłych?
- Nie mam takich rozgraniczeń. Dając dziecku książkę, trzeba się liczyć z tym, że i tak ono zinterpretuje ją w taki sposób, jak będzie chciało. Uważam za niedobre zbytnie infantylizowanie książek dla dzieci, żeby wszystko było zgodnie z prawdą i zgodnie z naturą. To jest może ważne, ale w przypadku słowników, atlasów, encyklopedii.
W książce literackiej kot nie musi wyglądać jak kot?
- Lepiej by było, gdyby wyglądał, ale nie musi być wyszczególniony każdy włos jego sierści i wszystkie pazurki. Nawet jeśli narysuję konia, który ma dwie nogi, to jestem pewna, że dziecko wie, że pozostałe są z tyłu albo że są podkulone. Ale oczywiście to nie może być tak, że namalujemy czerwoną plamę i będziemy wmawiać dziecku, że to koń.
Co chciałaby pani zilustrować?
- O, mamo, mnóstwo! Robiąc mój dyplom, widzę, że "Gargantua i Pantagruel" Rabelais'go jest tekstem z ogromnym potencjałem. Mam bardzo duży sentyment do poezji, do Jana Brzechwy i Juliana Tuwima. Oni są bardzo na tak. Lubię też absurdalną poezję angielską i opowiadania Rolanda Topora. Aktualnie skupiam się na moim dyplomie i jest tam mnóstwo ciekawego materiału do zilustrowania.
Co to będzie?
- Książka, w której wykorzystuję literackie cytaty z Gombrowicza, Różewicza, Rabelais'go, Prousta i innych dotyczące kulinariów, celebracji jedzenia. Najpierw zilustruję dany cytat, podam jego pełne brzmienie, potem na jego bazie zamieszczę przepis; wyszukuję je w różnych książkach kucharskich, portalach kulinarnych. Mam taki ambitny plan, że jak już zrobię sobie ze dwa egzemplarze autorskie na dyplom, to później będę z nimi chodzić. Może się jakiś wydawca zainteresuje.
Agata Dudek, warszawianka, rocznik 1984. Przygotowuje dyplom w Pracowni Ilustracji ASP. Zajmuje się ilustracją książkową i prasową, malarstwem, fotografią i designem. Współpracuje m.in. z Naszą Księgarnią, Exlibrisem, Cartalią-Press, GWP, Nową Erą, Ezopem, a także z "Exklusivem", DIIL-em i magazynem "Twoje Dziecko". Od 2008 roku rysuje również dla Endo. Laureatka wielu nagród i uczestniczka licznych wystaw. Jej ilustracje znalazły się m.in. w książce Anny Onichimowskiej "Piecyk, czapeczka i budyń" (wyd. Ezop 2009) i Aldousa Huxleya "Wrony i wąż" (wyd. Dwie Siostry 2010).
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Co Donieck ma lepszego od Warszawy? Nie tylko Stadion!
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]




