Biblię też pani napisała?

Rozmawiała Beata Kęczkowska
25.07.2010 aktualizacja: 2010-07-23 16:40
A A A Drukuj
Pisze ręcznie, najczęściej na tapczanie, nie ma komputera. Na spotkaniach czytelnicy pytają, czy ma willę i limuzynę. Kiedyś chcieli wiedzieć, czy mieszka w bloku. Była podejrzewana, że Biblia też jest jej autorstwa. W cyklu rozmów z twórcami dla dzieci dziś Wanda Chotomska
ZOBACZ TAKŻE
Beata Kęczkowska: Czy pani wie, ile wydała książek?

Wanda Chotomska: Mówią na mieście, że ponad dwieście. Ja tego nie wiem, przecież nie będę stawiać kresek na ścianie przy kolejnej książce. Nie liczyłam tego nigdy.

Dlaczego?

- No bo po co?

Żeby wiedzieć.

- Niech mnie pani nie męczy, bo naprawdę nie wiem. Nie wiem, ile piosenek ani ile wierszy. Nie mam pojęcia! Różne wydawnictwa edukacyjne wyciągają moje teksty ze starego "Świata Młodych", ze "Świerszczyka", z "Płomyka", "Płomyczka", "Misia". A ja nawet nie pamiętam, że to napisałam. Dopiero, jak czytam, przypominam sobie, że to moje.

Dostałam propozycję, żeby przygotować książkę, wybór tekstów z "Jacka i Agatki". Maszynopisy leżą na pawlaczu w kuchni, wlazłam na drabinę, uchyliłam drzwiczki i mnie przywaliło! Od lat tam nie zaglądałam, już nie pamiętałam, jaka to sterta! Zaczęliśmy w październiku 1962 roku, szło to coś około dziesięciu lat trzy razy w tygodniu przez 11 miesięcy, bo jeden miesiąc był wolny, pięć stron maszynopisu każdy odcinek... Liczy pani? Bo ja nie jestem w stanie policzyć... Wtorki, czwartki, soboty, dziesięć lat, pewnie coś około 1300 tekstów.

Zamknęła pani tę szafkę?

- Na razie tak, może się kiedyś tym zajmę. Ale wyobrażam sobie, jak można by z tego złożyć książkę. Trzeba by zrobić selekcję, przesiew, zostawić najlepsze. Dużo rzeczy jest tam zabawnych. Niedawno też Bohdan Butenko, który dba o swoje rysunki, zaalarmował mnie, że nie ma oryginałów "Panny Kreseczki". A "Panna Kreseczka" to była taka opowieść w "Świerszczyku" na ostatniej stronie. Cztery obrazki i cztery czterowiersze. Potem zastąpił ją "Pan Motorek", to była taka kontynuacja. Może przygotujemy wspólnie z Bohdanem wznowienie.

Z kim z grafików najlepiej się pani współpracowało?

- Z Bohdanem Butenko, Edwardem Lutczynem, Januszem Stannym, Józkiem Wilkoniem. Książka "Siedem księżyców", do której Józek zrobił mi ilustracje, aż siedem lat czekała na wydanie. Od wydawców słyszałam, że jest za czarna, a książki dla dzieci mają być kolorowe. W końcu została wydana. Niedługo później zaprosiło mnie na spotkanie gdzieś na Lubelszczyznę koło gospodyń wiejskich. Pokazałam tę książkę, panie mówiły, że piękna, oglądały ją z nabożeństwem. "Dlaczego się wam podoba?" - spytałam. "Bo to jest jak w kościele". "Lepszej recenzji nie miałem" - powiedział mi Józek, gdy mu to powtórzyłam.

Dziś zawsze złości mnie bylejakość. Bajka jest o zielonym kapturku, a tu ktoś sobie rysuje niebieską czapeczkę. Janusz Stanny robił ilustracje do "Legend polskich", ile tam jest jego, ile dołożył z siebie! Bo ilustracja wcale nie musi też kurczowo trzymać się tekstu, musi z nim współgrać, być jak akompaniament. Wydawnictwa rzadko, albo i wcale, rozmawiają z autorem o książce, o tym, jak ma wyglądać. To jest poza nami autorami. Nieraz prosiłam, żeby coś mojego zilustrował Wilkoń, ale od wydawców natychmiast słyszałam, że to będzie za drogo, a nawet tego nie sprawdzili.

Mam więc też i takie książki, które wstyd pokazywać. Ale nie tylko z powodu marnych ilustracji. W moich dwóch książkach, których nie dostałam do korekty autorskiej, są błędy. W czasie spotkań czy targów poprawiam więc odręcznie "ó" w słowie "deszczułka" i Tyfusa Wojciechowskiego na Tytusa. A wydawnictwu powiedziałam, że powinni sobie kupić deszczułkę i wyryć na niej zdanie ku przestrodze: "Kiedy śpi korekta, w książkach są defekta".

Co się w ostatnich latach zmieniło w książkach dla dzieci?

- Pojawiło się dużo rzeczy ładnie wydanych przez niszowe wydawnictwa. Bardzo mi się podobają te książki, ale ubolewam, że mają tak niewielkie nakłady. Ci mali wydawcy nie mają dystrybucji, ich książka - często nagrodzona, znakomita - pozostaje niewidoczna. Do tego, by zaistniała, może dojść dopiero wtedy, gdy ukaże się w dużym nakładzie. Książce nie pomagają też księgarze. Ile miałam przygód w księgarniach! Zawsze gdy pytam o cokolwiek, słyszę: "Niech sobie pani zobaczy" i następuje nieokreślony ruch ręką w kierunku półek. Nieraz chciałam kupić coś swojego, by dać w prezencie. W empiku słyszałam, że nie ma mnie w komputerze, jedna pani w księgarni podejrzewała, że może już niczego nie piszę, skoro nie ma moich książek. A kiedy nie wytrzymałam i spytałam, czy może już ta Chotomska nie żyje, to sprzedawczyni zaczęła snuć domysły, że może i nie żyję. Przedstawiłam się jej wtedy, żeby miała okazję poznać ducha.

Wiem, że odbywa pani mnóstwo spotkań autorskich.

- Znów się pani zamierza dopytywać o liczby? Powiem więc, że dwieście rocznie, ale proszę to sprawdzić [sprawdziłam, Wanda Chotomska odbywa około dwustu spotkań z czytelnikami w ciągu roku!]. Uwielbiam te spotkania. Niedawno byłam w szkole u zakonnic, urszulanek w Krakowie. Siedział przede mną mały intelektualista, przez takie małe okularki-lupki się na mnie patrzył i na koniec zadał pytanie, chcąc się tylko upewnić: "Proszę pani, ale Biblię też pani napisała, prawda?". "Niestety nie, a takie nakłady!" - westchnęłam. Dla takich pytań mogę jeździć na spotkania na okrągło.

Kiedyś zostałam spytana, czy mam jakieś pradziecko. Wtedy nie miałam, teraz już mam. I moje pradziecko czyta już samodzielnie. Również mnie, przez telefon. Ona mnie krótki wierszyk, a ja jej rozdział "Mikołajka". Bardzo to lubię i bardzo innym polecam, już nikt nie może powiedzieć, że nie ma na to czasu.

Gdzie zdarzało się pani rozdawać autografy?

- W kopalni, w czasach "Jacka i Agatki". Podpisywałam się w samolocie, było to wówczas, kiedy dla Gawędy napisałam słowa do piosenki "Ja mam ciocię w samolocie". Lubię spotkania w szkołach specjalnych, często jakieś obawy z tego powodu mają nauczyciele, dyrekcja. A nie ma czego się bać. To w jednej z takich szkół usłyszałam niedawno bardzo konkretne pytanie: ile mi płacą. Miałam spotkanie w zakładzie zamkniętym. Jak dyrektor mnie zobaczył, zaczął mówić, że trzeba je odwołać: "Pani nie da sobie rady". Weszłam, popatrzyłam na salę, same zakapturzone dryblasy. "Witam wszystkich was ziomale/ czuję tutaj się wspaniale/ tutaj pełno jest knajaków/ bardzo fajnych chłopaków" - przywitałam się, no i jakoś poszło, nagle zobaczyłam ich twarze, spojrzeli na mnie i w rewanżu za rap pokazali mi swój breakdance.

Trudniej bywa.

- Na moich spotkaniach trudniej bywa z nauczycielkami. Dzieci śmieją się, a zza filara co chwila wyskakuje pani, robi semafor z ręki i krzyczy: "Nie śmiać się!". Albo guma do żucia. Zawsze proszę na początku, by nie żuć gumy, bo w pewnych sytuacjach tego się nie robi. Dzieci wypluwają gumy do chusteczek, które im daję, a nauczycielka siedzi i żuje. Po spotkaniu podchodzę i pytam dlaczego, a ona: "Przecież pani to mówiła do dzieci".

Dowiedziałam się, że w niewielkiej miejscowości na Dolnym Śląsku w stodole pani Marianna prowadzi sklep z ciuchami. A ja ubieram się tylko w ciuchlandach. Poza znakomitymi ciuchami mają świetne nazwy, np. Kupciuszek, Cicharenka, Tani Armani. Pojechałam więc tam z ciekawości. Niestety, właścicielka została uprzedzona, kobietki się skrzyknęły, wszystkie miały komórki, podsuwały mi je: "Pani Wandziu, pani powie coś". No to mówiłam do tych aparacików: "Przyjrzyjcie się Chotomskiej Wandzie, która dzisiaj wyjątkowo nie pisze książek, tylko handluje ciuchami w ciuchlandzie". Trafiłam też i na bazar. W dzień handlowy w Oświęcimiu, gdzie akurat byłam ze spotkaniami. Ustawiłam się z książkami między majtkami wietnamskimi i chińskimi desusami, miałam napisane, że jestem Chotomska, przez tubę nawoływałam: "Tato, tato, kup książeczki dla córeczki". Sprzedaliśmy mnóstwo książek, marketing bezpośredni zadziałał.



* Wanda Chotomska - poetka i pisarka, autorka wielu książek dla dzieci i młodzieży, audycji radiowych, programów telewizyjnych, w tym dobranocki "Jacek i Agatka". Laureatka wielu nagród. Niestrudzona propagatorka czytania.

Podziel się