Z wizytą w piekle

Łukasz Kamiński
25.02.2011 aktualizacja: 2011-02-25 17:35
A A A Drukuj
Muzyka Mojego Miasta
ZOBACZ TAKŻE
Spalony kościół (dziś odbudowany), zatęchła piwnica pod kawiarenką prowadzoną przez wietnamską rodzinę, ulica, przy której mieszkał zadźgany nożem muzyk, kultowy sklep muzyczny wielkości budki z zapiekankami - to program wycieczki "True Norwegian Black Metal Tour", w której miałem okazję wziąć udział w zeszłym tygodniu w Oslo. Jeden z blackmetalowych muzyków drugiego planu Anders Odden wpadł kilka lat temu na pomysł, żeby zabrać muzycznych turystów na wycieczkę po kilku ważnych miejscach. I chwała mu za to, mimo że black metal w swoim pierwotnym założeniu był antykomercyjny, śmiertelnie poważny, przeznaczony nie dla wesołych ciekawskich, tylko wtajemniczonych.

Zwiedzanie zaczęliśmy od pięknego kościółka w Holmenkollen, podmiejskiej dzielnicy Oslo znanej przede wszystkim ze skoczni narciarskiej (jednej z ulubionych skoczni Adama Małysza nazywanego niekiedy przez norweskie media "królem Holmenkollen"). W 1992 r. za sprawą Varga Vikernesa, muzyka jednoosobowego projektu Burzum, łuna płonącego kościoła rozświetliła miasto. I choć Varg nigdy nie przyznał się do podpalenia, to i tak spędził w więzieniu wiele lat. A to za zamordowanie Euronymousa, gitarzysty zespołu Mayhem, właściciela kultowego sklepu muzycznego Helvete (co po norwesku oznacza, a jakże, piekło). To był drugi przystanek naszej wycieczki. Sklep już co prawda nie istnieje, w jego miejscu mieści się kawiarenka prowadzona przez wietnamską rodzinę. Na tyle sympatyczną, że nie tylko poczęstowała nas gorącą kawą, ale też wpuściła do zamkniętej na co dzień, zimnej, pustej, mrocznej, piekielnej piwnicy, która jest celem pielgrzymek fanów black metalu z całego świata. Tam bowiem na jednej ze ścian widnieje nabazgrany przez Euronymousa napis: "Black metal". Niby nic wielkiego, ale wierzcie mi, wrażenie robi spore.

Po wizycie w Helvete przejechaliśmy spokojną, trochę zaniedbaną uliczką, przy której mieszkał i zginął Euronymous. Ostatnim naszym przystankiem był Nosebleed (czyli krwotok z nosa), miniaturowy sklep muzyczny, tak szczelnie wypełniony płytami i kasetami, że trudno się w nim poruszać. A tam, gdzie jest kawałek wolnego miejsca, wiszą artefakty z początków black metalu w Norwegii: instrumenty, plakaty, ulotki, okładki płyt, które ukazywały się w malutkim nakładzie.

Sądziłem, że już nic tego dnia mnie nie zaskoczy ani nie zadziwi. Wtedy właśnie dowiedziałem się, że niedawno do sklepu zgłosili się wysłannicy norweskiego ministerstwa kultury. I to nie z nakazem zamknięcia, nie z inkwizycją cenzury. Zgłosili się z prośbą, by właściciel sklepu zechciał odsprzedać im zgromadzone pamiątki, tak by mogli je, jako część norweskiego dziedzictwa narodowego, wystawić w muzeum.

Przyznam, że pozazdrościłem Norwegom. Tego, że potrafią, mimo całego zła (morderstw, podpaleń) black metalu, dostrzec jednak w tym ruchu to, co dobre, wartościowe. I próbować ocalić to od zapomnienia.

Podziel się