Uśmiechnij się, jesteś w metrze!

Karolina Przewrocka
14.07.2009 aktualizacja: 2009-07-14 11:51
A A A Drukuj
Międzynarodowa federacja MetroRail uznała stację Plac Wilsona za jedną z najlepszych na świecie Fot. Filip Klimaszewski / AG
  • Najlepszy maszynista na świecie Robert Jaryczewski ze stołecznego metra
  • Stacja: Marymont
Koza podróżniczka, pies w czerwonych bucikach, zagubiona proteza nogi, czy nowiutki telewizor, którego nikt nie chciał, to bohaterowie zaledwie kilku z tuzinów historii opowiadanych przez pracowników warszawskiego metra. Mogliby napisać całą książkę - w końcu przed tajemniczymi weneckimi lustrami stacyjnych dyspozytorni przewija się dziennie liczba osób porównywalna do liczby mieszkańców średniej wielkości miasteczka.
Z metra korzysta dziennie do 520 tysięcy mieszkańców Warszawy i okolic. Niezła grupka - trudno wszystkich zadowolić, a co dopiero mówić o budowaniu jakiegokolwiek przywiązania z ich strony. Tymczasem liczby zaskakują: z przygotowanego przez Metro raportu za rok 2007 wynika, że aż 92% pasażerów pozytywnie ocenia usługi świadczone przez Metro Warszawskie. - Młodzi piszą, że im z nami dobrze, bo jest czysto, bezpiecznie i nowocześnie. Że chcieliby zrobić na stacji jakiś happening albo wynająć metro i pojechać nim do ślubu, bo tu właśnie się poznali. Chociaż względy bezpieczeństwa na to nie pozwalają, cieszymy się, że chcą dzielić się z nami ważnymi w życiu momentami - mówią pracownicy Metra Warszawskiego.

Najwyżej oceniana jest czystość (88%), bezpieczeństwo (86%) i punktualność kursowania (84%). Pomysłowe rozwiązania architektoniczne stacji zwyciężają na międzynarodowych konkursach, a z pomysłu promowania sztuki w przestrzeni metra (akcja "Pociąg do sztuki") czerpią zagraniczni właściciele linii. Metro zapewnia, że budowa drugiej linii - o której wciąż wiadomo tyle, że ma powstać niedługo - nie obniży jakości oferowanych usług. Jeśli coś się zmieni, to liczba pracowników. Jak zapewniają ci, z którymi się spotykam - wzrośnie też liczba metroentuzjastów.

Koza w metrze

Na to, by metro wyglądało tak, jak wygląda, pracuje obecnie prawie 1,5 tysiąca osób. Obowiązuje szerokie spektrum zawodów: od maszynistów, przez specjalistów do spraw wind i schodów, budowlańców, aż po informatyków i pracowników ochrony. Łączy ich jedno: pasja w tworzeniu unikatowego w skali kraju środka komunikacji. Wie o tym Robert Belta, dyżurny ruchu i stacji Natolin, który twierdzi, że w swojej pracy najbardziej ceni prostą służbę pasażerom. Ma porównanie, bo jeszcze dwa lata temu pracował w banku. Zrezygnował, bo - jak twierdzi - miał dość naciągania klientów. - Chociaż moje obecne stanowisko wymaga odpowiedzialności, praca przebiega w spokojnej atmosferze, a ja nie mam wyrzutów sumienia - przyznaje dyżurny. Na peronie i w dyspozytorni pracuje po 12 godzin dziennie w systemie zmianowym: 2 dni pracy i 2 dni wolnego. Wydawałoby się, że łatwo wpaść w rutynę, ale - jak zapewnia Belta - nie na stacji metra. Zza czarnych szyb dyspozytorni i z obrazów z monitoringu wyłania się materiał, jakiego pozazdrościłby niejeden filmowiec. Bo na peronach zawsze się coś dzieje: a to ktoś się w kimś zakocha, a to but wpadnie na torowisko, a to babcia zostawi w wagonie swoją wnuczkę.

Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń 2009 - ile zarabiają Polacy?



W ostatnich latach tutejsze biuro rzeczy znalezionych odnotowywało takie zguby jak proteza nogi, dywan, telewizor, praca doktorska czy torba z dwudziestoma indeksami. - W większości przypadków krótko po otrzymaniu zgłoszenia o zgubie udaje nam się ją odnaleźć i zwrócić. W metrze działa system monitoringu, który umożliwia nam szybkie przeszukiwanie wagonów - mówi Anna Bartoń z biura prasowego Metra Warszawskiego. O dużym szczęściu mogła mówić koza, która kilka lat temu uciekła właścicielowi rosyjskiego cyrku stacjonującego na Ursynowie. - Zanim uspokoiliśmy zdenerwowanego Rosjanina, koza wsiadła do metra i przejechała jedną stację. Dzięki sprawnie działającym służbom szybko ją znaleźliśmy i oddaliśmy we właściwe ręce - śmieje się pani Anna.

Prawie anioł stróż

Praca dyżurnego nie kończy się jednak na pomocy w odzyskiwaniu zgub. To w pierwszej kolejności dbanie o bezpieczeństwo pasażerów: pilnowanie porządku, obserwowanie osób zachowujących się niepokojąco lub nieostrożnie. Rzecznik prasowy Metra Warszawskiego, Krzysztof Malawko, zapewnia, że nowoczesny system monitoringu w połączeniu z patrolami policji i Służby Ochrony Metra to dla pasażerów gwarancja bezpieczeństwa. - Na peronach nie ma koszy na śmieci, a ławki pozostają niezabudowane - wszystko po to, by służby szybko zauważały pozostawione na peronach przedmioty. Podobnie w wagonach - są albo całkowicie zabudowane, albo ażurowe, co uniemożliwia schowanie tam czegokolwiek - mówi rzecznik prasowy, gdy pytam o środki ostrożności względem potencjalnych ataków terrorystycznych. Krzysztof Malawko nie ukrywa jednak, że są sytuacje, wobec których służby metra pozostają bezsilne. - Żadne systemy zabezpieczeń nie są w stanie uchronić przed skrajną głupotą, wpływem alkoholu czy kozactwem - mówi Malawko i przytacza historię pijanego, który zahaczył głową o nadjeżdżający pociąg. Oprócz niewielkiego rozcięcia nabawił się jedynie dobrze znieczulonego strachu. Przed dwoma tygodniami jeden z pasażerów wpadł na torowisko, bo czytając gazetę zagapił się i przekroczył linię peronu. Cudem uniknął tragedii.

Po głośnym wypadku niewidomego Filipa Zagończyka jesienią ubiegłego roku rozgorzała dyskusja nad przystosowaniem metra do potrzeb osób niewidomych. Rzecznik prasowy metra podkreśla, że prace podnoszące jakość stacji pod tym kątem trwają od dwóch lat, a za opóźnienie z wprowadzeniem nowych rozwiązań odpowiedzialne są problemy proceduralne. By uniknąć kolejnych, Metro Warszawskie postanowiło sfinansować prowadzone właśnie badania nad rozbudowaniem oznakowania dotykowego na powierzchni peronów, które pozwalałoby niewidomym na bezpieczne poruszanie się na przykład od metra do windy. Przyciski w windach w języku Braille'a, kontrastowe tabliczki wskazujące drogę do wind czy zmodernizowany system informacji pasażerskiej to udogodnienia, z których niepełnosprawni mogą korzystać już teraz.

Najlepszy z najlepszych

- Maszyniści to jedyna grupa zawodowa w obrębie naszej firmy, w której nie pracują kobiety. Żadna dyskryminacja - po prostu brakuje chętnych - opowiada Anna Bartoń, gdy przemierzamy obszerne hale kabackiej elektrowozowni. Pośród grupek pracujących między wagonami mężczyzn widzę poruszenie na widok wysokich obcasów. Idziemy jak przez centrum handlowe: przestronnie tu, i - uwaga! - niezwykle czysto. Na błyszczących, zielonkawych przejściach między torowiskami nie uświadczy się ani kropelki smaru. To rzadkość w przypadku zajezdni tramwajowych czy pociągowych. - Tu zaczyna się szacunek do pasażera. To nasza kultura pracy - mówi z dumą pani Anna.

Robert Jaryczewski, starszy maszynista Metra Warszawskiego, też lubi schludność metra. I jeszcze jedno: lubi to, że praca, o której marzył w dzieciństwie, przez lata nie straciła dla niego nawet odrobiny swojego uroku. W kwietniu zeszłego roku pan Robert otrzymał tytuł najlepszego na świecie maszynisty metra. Nagrodę przyznała mu międzynarodowa federacja MetroRail - ta sama, która uznała stację metra Plac Wilsona za najlepszą, jaka powstała na świecie w ostatnich latach. - Maszynista maszyniście nierówny. Jeden pracuje z pasją, a drugi odwala fuchę - tłumaczy pan Robert pytany o kryteria, na podstawie których wyłania się najlepszych w tej - wydawałoby się - monotonnej pracy. Pan Robert należy do grupy z pasją: nieustannie poszerza kwalifikacje, szkoli młodych maszynistów, a wszechstronne przygotowanie techniczne wykorzystuje nawet po godzinach, odrestaurowując zabytkowe motocykle i samochody. Pasję ma zresztą we krwi, bo historia jednej trzeciej jego rodziny kręci się wokół kolei. - W rodzinie mieliśmy nawet ministra transportu - dodaje, i już o nic więcej nie pytamy. Nie musimy - pan Robert sam opowiada jak najlepszy gawędziarz. - W mojej pracy lubię kontakt z ludźmi, bo to nieprawda, że ciągle siedzę zamknięty w kabinie. Zabezpieczam ją i wychodzę, gdy widzę, że niepełnosprawny nie radzi sobie z wejściem do wagonu. Albo wpuszczam dzieciaki, gdy dobijają się, żeby zobaczyć mój panel sterowniczy. Czasami ktoś puka, by podziękować za przyjemną jazdę albo za to, że zaczekałem na niego - mówi Robert Jaryczewski.

Razem z kolegą, Tadeuszem Adamczykiem, prowadzi internetową stronę maszynistów Metra Warszawskiego: www.tadek.jasky.pl. To jedyna w Polsce strona z informacjami dla pasjonatów, a jej autorzy - poza udzielaniem fachowych informacji - nie cofają się przed odpowiedzią na najbardziej kontrowersyjne pytania czytelników, takie jak: "czy w tunelu grasują szczury" albo "jakie napięcia występują w trzeciej szynie". Na stronie można też znaleźć całą gamę nietuzinkowych zdjęć pana Roberta, ukazujących między innymi rewiry metra niedostępne dla zwykłego śmiertelnika. Bo fotografia to kolejna pasja maszynisty: razem z Tadeuszem Adamczykiem planują nawet wydać album pod hasłem "Metro Warszawskie w obiektywie". Ubiegłorocznego sukcesu na razie nie powtórzy. A szkoda, bo zrobiłby to z przyjemnością. - Komisja konkursowa uznała, że na skutek trudności w doborze obiektywnych kryteriów kategoria "najlepszy maszynista" zostaje zawieszona - mówi pan Jaryczewski. I nie ukrywa, że żałuje, bo jest pewny swojej wygranej. - Jeśli raz wygrałem, a ciągle się szkolę, to chyba nie znajdzie się już lepszy ode mnie, prawda?

Pierwsza dama tuneli

Dzień pracy Beti nie odstaje od dni ponad tysiąca pracowników w całym Metrze Warszawskim. Zaczyna się banalnie: pobudka o świcie, krótka przebieżka, lekkie śniadanie. Zakładane w pośpiechu czerwone buty, kolorystycznie dopasowana kamizelka, sprint do samochodu. O siódmej jest już na Kabatach. Przez najbliższą godzinę będzie czesana i oglądana z każdej strony; będą jej zaglądali do uszu i szukali kleszczy w zgięciach łap. Bo Beti to jedyna w swoim rodzaju labradorka - tutejsza "lady do spraw specjalnych". Zajmuje się wykrywaniem materiałów wybuchowych, a w ciemnych tunelach metra czuje się jak u siebie. Bojowa misja nie zwalnia jednak z obowiązkowego dla labradorek wdzięku - gdy odwiedzamy ją w dniu wolnym od pracy, domaga się pieszczot, staje na tylnych łapach i pociesznie walczy z czerwonymi pantoflami. Korzysta z chwili wolności bez obroży z budzącą ubaw postronnych plakietką z napisem: "Nie przeszkadzaj, pracuję". - Wzbudza tyle pozytywnych emocji, że czasem trudno przejść spokojnie po peronie. Ludzie nas zatrzymują, zadają pytania o pracę z psem, głaskają Beti. A ona bezwiednie się temu poddaje, zapominając o harmonogramie pracy - mówi Konrad Kaźmierczak, przewodnik labradorki. Cztery lata temu w szkole policyjnej w Sułkowicach pomyślnie przeszli szkolenie dla przewodników i psów służbowych. Od tego czasu pan Konrad towarzyszy labradorce przez całą dobę: po pracy jadą razem do domu, odpoczywają, spędzają czas z resztą rodziny. Bo Beti stała się jej pełnoprawnym członkiem.

Pierwszego lipca skończyła sześć lat. W domu pana Konrada obowiązkowo odbyła się urodzinowa impreza. Jedynie prezent nie dotarł na czas. - Płaszczyk z kapturkiem. Żeby nie mokła nam w deszczu - precyzuje pan Konrad. Opiekun musiał go sprowadzić zza granicy, bo w Polsce taki profesjonalny płaszczyk trudno dostać. Podstawową roboczą odzież Beti stanowią, póki co, czerwone buciki z grubą, gumową podeszwą - dla ochrony przed wystającymi, ostrymi elementami w tunelach, smarami czy kawałkami szkła. - Przecięcie łapy oznaczałoby dla niej wykluczenie ze służby - tłumaczy konieczność zakładania butów pan Konrad. Beti nosi też czerwoną kamizelkę - w tym wypadku dla ochrony przed przechodniami. - Często nie patrzą pod nogi i niechcący wpadają na nią, depcząc jej po łapach. No bo kto się spodziewa psa w metrze - uśmiecha się pan Konrad z typową dla sprawy wyrozumiałością.

O tym, co dotyczy Beti, pan Konrad mówi zdrobniale: "piesek", "łapki", "buciki". Nie ukrywa, że łączy ich prawdziwa przyjaźń. I to niezależnie od wyników corocznego, obowiązkowego testu dotyczącego zdolności psychofizycznych psa i współpracy z przewodnikiem. Tegoroczny mają już za sobą - z licencją na pracę przez kolejny rok. Beti będzie więc - jak dotąd - przyjeżdżała na Kabaty pięć razy w tygodniu i pracowała od siódmej do piętnastej. W nagłych wypadkach będzie też ściągana z domu po godzinach pracy. - To się zdarza, ale ona w takich wypadkach nie okazuje zniecierpliwienia. Lubi tę pracę - uśmiecha się pan Konrad, gdy Beti w ekstatycznych pląsach przecina powietrze ogonem.

Labradorka nie jest jedynym psem zatrudnionym w Metrze Warszawskim. Swoje etaty posiadają również Tamir i Tajdus - owczarki niemieckie przeszkolone m.in. pod kątem patrolowania, tropienia i uczestniczenia w zasadzkach. Historia psów w Metrze jest długa: pierwszy owczarek trafił tutaj dziesięć lat temu prosto z Lasu Kabackiego. Jeden z pracowników metra znalazł go wychudzonego, przywiązanego do drzewa. Pies odwdzięczył się wierną służbą.

Beti wygląda na szczęśliwą. Dobrze wygląda. I nic dziwnego: praca z pasją, kochający opiekunowie, stały etat, niewielka pensja na drobne wydatki. I fory u szefa Służby Ochrony Metra, który codziennie podrzuca jej smakołyki. Słowo "kryzys" słusznie nie wywołuje u niej absolutnie żadnej reakcji.



Podziel się