Syn przewinił, ojca ukarali. Fatalna pomyłka strażników

Piotr Machajski
05.02.2010 aktualizacja: 2010-02-04 21:00
A A A Drukuj
Prawie trzech lat potrzebował wymiar sprawiedliwości, by wyjaśnić banalną z pozoru sprawę o nielegalne parkowanie. Z marnym, przynajmniej dla podatników, skutkiem.
Zaczęło się 22 lutego 2007 roku. Ok. godz. 13.15 patrol straży miejskiej zauważył przy ul. Dewajtis forda zaparkowanego za znakiem zakazu. Strażnicy wetknęli za wycieraczkę wezwanie. Kierowca, niespełna 24-letni wówczas Mariusz Bondarczuk, wizyty w straży miejskiej nie złożył, ale wysłał list.

Tam nieco złośliwie wyjaśnił, dlaczego zostawił auto tam, gdzie zostawił. Strażnicy miejscy treścią listu za bardzo się nie przejęli. Mieli za to imię i nazwisko oraz miejsce zamieszkania tego, który przepis złamał. Poprosili policję o pełne dane z bazy. Nadeszła odpowiedź: pod adresem tym i tym mieszka Mariusz Aleksander Bondarczuk, rocznik 1948. Funkcjonariusz nie zauważył, że pod tym samym adresem zameldowany jest ktoś jeszcze: Mariusz Paweł Bondarczuk, syn Mariusza Aleksandra, rocznik 1983.

Pewni swego strażnicy wysłali więc do sądu wniosek o ukaranie. Sąd ukarał, a potem poinformował ukaranego, że zapadł wyrok. Ten jednak nie odbierał pism z sądu. Bo myślał, że to do syna. Gdy okazało się, że jednak do niego, próbował apelować. Na próżno, bo wszystkie dopuszczalne prawem terminy na złożenie odwołania minęły.

Sąd w majestacie prawa zaczął więc egzekwować należną skarbowi państwa grzywnę. Ale Bondarczuk senior się zaparł. - Niech mi to na areszt zamienią, ale nie zapłacę. Dla zasady - mówił w rozmowie z "Gazetą".

Wymiar sprawiedliwości znalazł się w kropce. Z jednej strony miał do wykonania prawomocny wyrok (200 zł grzywny + 80 zł kosztów sądowych), który trzeba wyegzekwować. Z drugiej jednak pełne przeświadczenie, że skazano niewinnego człowieka - Bondarczuk junior od początku podkreślał, że to on popełnił wykroczenie, nie ojciec.

Gdy sprawę opisały media, w tym "Gazeta", sąd pochylił się nad sprawą raz jeszcze. I wczoraj ponownie odbyła się rozprawa Mariusza Aleksandra Bondarczuka. Straż miejska (jako oskarżyciel publiczny) zgodnie z wysłanym przed niemal trzema laty pismem wniosła o "ukaranie" obwinionego, by po kilkunastu minutach rozsądnie poprosić sąd o "uznanie go za niewinnego". Ot, zawiłości sądowej procedury.

Od wczoraj Mariusz Aleksander Bondarczuk jest więc decyzją sędzi Marii Turek, choć wciąż nieprawomocną, niewinny. Ile to wszystko kosztowało? Koszty sądowe szybkiego postępowania nakazowego to 80 zł. W tej historii było kilka posiedzeń i dziesiątki wysłanych dokumentów, więc możemy się założyć, że koszty sięgają kilkuset złotych. Sąd, uniewinniając wczoraj Bondarczuka seniora, jako płatnika tych kosztów wskazał na skarb państwa.

A czy Bondarczuk junior, skoro się przyznaje, nie powinien przypadkiem stanąć przed sądem za nielegalne parkowanie? Powinien. Ale nie stanie, bo wykroczenie, które popełnił, przedawniło się już prawie dwa lata temu. Mniej więcej wtedy, kiedy sąd zastanawiał się, jak wyegzekwować grzywnę od jego ojca.

Przeczytaj także: Straż miejska idzie na wojnę z żebrakami



Podziel się