Medytacje śródmiejskiego listonosza

Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska
2006-11-26 aktualizacja: 2006-11-26 18:32
A A A Drukuj
Przez okno poczty Warszawa 10 wygląda listonosz Robert Kujawa Fot. Alina Gajdamowicz / AG
  • Sortownia listów
Weźmy poniedziałek - 20 kg listów, w tym 200 poleconych. Do tego 12 paczek ulotek - każda po 10 kg. Osiem godzin nie starcza, żeby wszystko roznieść
ZOBACZ TAKŻE
Od czwartku urzędy szczelnie się pozamykały. Centrala Poczty Polskiej nie wydaje zgody na wpuszczanie fotoreporterów, choć protestujący nie mają nic przeciwko zdjęciom. Nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się na zapleczach poczt. Co robią ci wszyscy listonosze, którzy nie wychodzą na ulice?

Ludzie, zejdźcie z drogi, bo listonosz...

Podglądamy przez okno zaplecze Urzędu Pocztowego Warszawa 10 przy pl. Konstytucji. 14 listonoszy siedzi przy stołach, kurtki firmowe na krzesłach. Trochę ciasno. Paczki i worki z listami leżą wszędzie: na oknie, w pokojach listonoszy, w korytarzu, w workach, pozwiązywane sznurkami.

- Moglibyśmy je w każdej chwili roznosić. Choćby od zaraz, jak tylko dyrektor spełni podstawowe postulaty - mówi Mirosław Dąbrowski z Warszawskiego Komitetu Protestacyjnego Listonoszy, który pracuje w "dziesiątce" (UP Warszawa 10). W piątek osobiście musiał zanieść zwolnienie kolegi na pocztę przy Świętokrzyskiej. Bo poczta nie pracuje. Bo listonosze listów nie noszą.

W drugim pokoju z pięcioma kolegami segreguje posegregowane już dzień wcześniej listy 38-letni Robert Kujawa. Drobiazgowo układa kupki listów, opisuje te, które mają błędnego adresata - zna przecież swój rejon, wie, która firma się przeniosła, który adresat się przeprowadził.

Kujawa od 13 lat nosi listy. Karierę zaczynał w okienku na poczcie przy Puławskiej (UP Warszawa 13). Ale praca listonoszy wydawała mu się znacznie ciekawsza - przynajmniej człowiek wychodzi na zewnątrz. Zgłosił się na przeszkolenie, pracę dostał na Poczcie Głównej przy Świętokrzyskiej (UP Warszawa 1). Potem pracował na poczcie sejmowej, a od trzech-czterech lat pracuje w "dziesiątce". 20 listonoszy z "dziesiątki" roznosi listy po wschodniej stronie Marszałkowskiej: Waryńskiego do Supersamu, Szucha, Al. Ujazdowskie, Bagatela, Wilcza do Marszałkowskiej.

Może ktoś na ten list czeka kilka długich lat

Z kalendarium protestu w "dziesiątce":

Środa, 15 listopada: listonosze wysyłają faks do Gdańska, że solidaryzują się z protestującymi tam pocztowcami. Pracują normalnie.

Czwartek, 16 listopada: listonosze podejmują decyzję o dołączeniu do protestu. Po rozdzieleniu rano listów pozostają w urzędzie.

Piątek, poniedziałek, wtorek, środa, 17-22 listopada: listonosze przez osiem godzin rozkładają przesyłki. Ludzie ustawiają się w kolejkach do okienek po odbiór poczty. Po skrzynkach pocztowych ulotki reklamowe roznosi czterech drukonoszy z prywatnej firmy.

Czwartek, 23 listopada: kasjerki w geście solidarności z listonoszami zamykają urząd dla klientów. Przy wejściu dla personelu można odbierać tylko przekazy pieniężne. Listonosze odsyłają samochód z nową pocztą, bo już nie mają gdzie jej rozkładać.

Piątek, 24 listopada: w każdej gazecie można przeczytać o proteście listonoszy, "Trybuna" daje tytuł - "Listonienosze". Akcja protestacyjna nie jest przez nikogo koordynowana. W Warszawie działają trzy związki zawodowe pocztowców: NSZZ "Solidarność", OPZZ i Związek Zawodowy Listonoszy. Zdarzało się, że poczta działała rano, a po południu przyszła druga zmiana i ją zamknęła.

Rzecznik Poczty twierdzi, że listy roznosi połowa listonoszy. "Solidarność" mówi, że z urzędów nie wychodzi 90, a może nawet 100 proc. listonoszy.

Dostanie go właśnie...

- Ciekawe, kto za to zapłaci?! Wy tu sobie protestujecie, a ja trzeci raz już przychodzę! - krzyczy zdenerwowana kobieta na widok umundurowanego listonosza.

Kujawie rzednie mina. Mówi, że starają się nie wychodzić w mundurach na zewnątrz, żeby nie denerwować ludzi. Ma przecież wyrzuty sumienia w stosunku do emerytów, rencistów i osób, które czekają na zapomogi z ośrodków pomocy społecznej. Sam ma dwóch niepełnosprawnych adresatów, waha się, czy im jednak nie zanieść renty, bo "przecież żołądki mają i muszą mieć za co jeść". Woli mówić jednak o tych "adresatach", którzy przychodzą po odbiór pieniędzy i nie szczędzą słów solidarności, że rozumieją, skoro listonosze tak mało zarabiają, muszą protestować, że nie można dawać się tak wykorzystywać.

Listonosze w czasie protestu w urzędzie pozostają od godz. 8 do 16. Potem do 20 - do kiedy urząd powinien być czynny - jeden z nich ma dyżur, żeby pilnować wydawania przekazów pieniężnych. Działa to tak - do tylnych drzwi poczty podchodzi niepewnie kobieta: - Chciałabym odebrać pieniądze.

- Dowód proszę - mówi listonosz.

Za chwilę kasjerka w gumowych klapkach przynosi pieniądze. Przez cały piątek w "dziesiątce" wydali ponad sto przekazów.

Ludzie listy piszą - zwykłe, polecone

Robert Kujawa nie obawia się, że on i koledzy nie poradzą sobie z rozniesieniem nagromadzonej poczty. - Jesteśmy przyzwyczajeni, że w okresie świąt czy wakacji pracujemy od 7 do 19. Rozładowanie tego wszystkiego zajmie nam trzy-cztery dni.

Weźmy normalny poniedziałek Kujawy. Do pracy ma na 8, ale żeby się ze wszystkim wyrobić, w urzędzie jest już o 7. Segreguje listy według ważności i numerów domów. O godz. 10 wychodzi w swój rejon. Do torby ładuje: 20 kg listów, w tym ok. 200 poleconych. W torbie teoretycznie mieści się tylko 10 kg. Dlatego wytrzymuje tylko trzy lata.

Koledzy Kujawy część przesyłek ładują do wózków. U niego to nie przejdzie. Raz jeden taszczył wózek po pięciopiętrowych budynkach i nigdy więcej! W jego rejonie nie ma wind!

Z pl. Konstytucji idzie Piękną do Kruczej, gdzie zaczyna się jego rejon - numery 3 do 13 (po jednej stronie ulicy) i Wilcza po obu stronach od Kruczej do Marszałkowskiej. Niby niewiele, ale w sumie jest 650 adresatów. Nawet jak nie dla wszystkich ma listy, dla wszystkich ma co najmniej jedną ulotkę. W sumie musi ich roznieść 12 paczek. Każda waży z 10 kg. Na szczęście nie bierze ich naraz. Kierowca zostawia mu je w trzech punktach kontaktowych w jego rejonie, więc po drodze bierze po paczce w rękę. Ale przed wyborami zabrakło mu rąk: partie chętnie korzystały z rabatów, jakie im dała Poczta Polska, i Kujawa do skrzynek wkładał nawet po dziesięć ulotek dziennie. - Potem były reklamacje, że ktoś razem z tymi ulotkami wyrzucił awizo, bo go nie zauważył - opowiada. Nie lubi ulotek, bo wie, że nie lubią ich ani adresaci, ani dozorcy.

O godz. 14 Kujawa powinien zanieść awizowane przesyłki na pocztę przy pl. Trzech Krzyży. Ale czasem dociera tam dopiero o 15-16. Potem wraca na pl. Konstytucji, gdzie rozlicza się ze wszystkich przesyłek. Jeśli źle wypłacił pieniądze, dopłaca z własnej kieszeni. Jeśli zgubił list (jemu już się to rzadko zdarza, ale często młodszym kolegom), płaci. Za polecone - 120 zł. Kiedyś młody listonosz zgubił jakiś ważny list. Wszyscy koledzy składali się na 500 zł, które musiał oddać.

Kapelusz przed pocztą zdejm

Kujawa w podwórku swojej poczty opowiada o proteście listonoszy ze wschodnich Niemiec, kiedy po połączeniu z zachodnimi zminimalizowano im pakiet socjalny: przyzwyczaili się do basenu raz w tygodniu, do masażysty. - U nas to nierealne. Ja sam chodzę na basen, bo tak to żona mi plecy masowała i nastawiała dysk, jak już mi kręgosłup wysiadał. - Na masażystę nikogo u nas nie stać. Przez cztery lata nie mieliśmy podwyżek, bo ciągle nam mówią, że pieniądze idą na inwestycje.

On zarabia nieźle - za wysługę lat ma 1,4 tys. zł. Ale i tak nie na wszystko starcza. Żona pracuje w Komendzie Głównej Policji, więc kokosów nie zarabia. Na początku roku wystąpił do dyrekcji o zapomogę na podręczniki dla dwóch córek 10- i 11-letniej. - Wstyd, ale co zrobić? Nie stać mnie na podręczniki - mówi. Na szczęście nie muszą się martwić o mieszkanie - mają trzypokojowe kwaterunkowe na Mokotowie, które dzielą z chorą matką. Cieszy się, że żona pracuje, że dziewczynki wyrosły z przedszkola. Współczuje młodszym kolegom: bo oni mają po 900 zł, opłacą czynsz, prąd, gaz, przedszkole - i wypłaty nie ma.

- Jak tak dalej pójdzie, niedługo nikt nie będzie chciał pracować jako listonosz - wróży Kujawa. - Z przeszkolonych przez wakacje osób została jedna. Nikomu się nie chce harować w nieopłacanych nadgodzinach. Niedługo będzie z nami jak z pielęgniarkami - wyjedziemy na Zachód.

Śródtytuły pochodzą z przeboju Skaldów "Medytacje wiejskiego listonosza". Brakujące słowa to: "jedzie" i "dziś"

Podziel się

  • Medytacje śródmiejskiego listonosza joans 27.11.06, 04:52

    Moja siostra jest lekarzem i po 5 latach studiow, kilku latach specjalizacji zarabia 1200 zl . Jaka jest jej praca odpowiedzialna nie musze pisac. Nauczyciel co sie ciagle doksztalca i jest »

  • Re: Medytacje śródmiejskiego listonosza inessta 27.11.06, 08:31

    a ja popieram protest pocztowców i listonoszów!! Całym sercem i duszą!!Zobaczcie co zrobiły pielęgniarki! Strajkowały, protestowały i mają dobrepensje.I wtedy tez nie cierpieli ci, co »