Dramat mieszkańców wilanowskich czworaków

Jarosław Osowski
05.08.2009 aktualizacja: 2009-08-04 20:07
A A A Drukuj
adzór budowlany ukarał SGGW, bo przez dwa lata nie wyprowadziła byłych pracowników z rudery, która grozi zawaleniem Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta
50 tys. zł grzywny dla jednej z najbogatszych uczelni w Polsce. Nadzór budowlany ukarał SGGW, bo przez dwa lata nie wyprowadziła byłych pracowników z rudery, która grozi zawaleniem
Jesteśmy 300 m od pałacu w Wilanowie, zabytku klasy zero, tłumnie odwiedzanego przez zagranicznych turystów. W okolice dawnego czworaka dla służby przy ul. Stanisława Kostki Potockiego 6b nikt się nie zapuszcza. Stoi obok zaniedbanej holenderni, gdzie w czasach króla Sobieskiego trzymano niderlandzkie krowy. - Zwierzęta często mają lepsze warunki niż ci ludzie. Aż przykro patrzeć, w jakim slumsie żyją - mówi pan Jan, który mieszka po sąsiedzku w trochę mniej zniszczonym Domu Podstarościego.

Wychodek bez drzwi

Siedem rodzin gnieździ się w klitkach, każda po 28 m kw. Do jednej z nich wchodzę z Grzegorzem i Marcinem Golińskimi. Mijamy zawieszoną na drewnianym ganku tabliczkę: "Uwaga! Budynek grozi katastrofą. Zakaz przebywania". Dalej ciasna sień, ciemna kuchnia i niewielki pokój. Śpi w nim pięć osób i małe dziecko. - Jak łóżka się rozłoży, to już nie ma jak łazić - mówi pan Marcin.

Na suficie koło okna grzyb ("Na wiosnę się odnowi, mija miesiąc, dwa i znowu to samo wyłazi"). Kiedy pada deszcz, przecieka kryty papą dach. Ciepła woda? Ogrzewanie? - A nazwoziliśmy sobie drewnianych palet, to się rąbie siekierą i pali pod kuchnią - opowiada sąsiad Golińskich.

Niedaleko palet, nad brzegiem Jeziora Wilanowskiego, które mogą podziwiać goście pałacu, góra śmieci. Od dawna nikt nie przyjeżdża po ich odbiór. I jeszcze wychodek: deska, dziura i trzy ściany, drzwi brak.

Niechciani lokatorzy

- W głowie się nie mieści, że można jeszcze mieszkać w takich warunkach. To jedna wielka ruina na przedpolu zabytkowego pałacu, niemal naprzeciwko urzędu dzielnicy i gospodarstwa SGGW, do którego należy ten teren - wylicza Andrzej Kłosowski, szef powiatowego nadzoru budowlanego w Warszawie. Właśnie nałożył 50 tys. zł grzywny na uczelnię. - Jedną z najbogatszych w Polsce - podkreśla.

Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego zainwestowała w ostatnich latach ok. 750 mln zł, wyprzedając setki hektarów w Wilanowie. Przed wojną należały do rodziny Branickich, która bezskutecznie starała się o ich odzyskanie. Teren z czworakami SGGW też chciała spieniężyć. Poprzedni rektor widział tu rezydencje. Przeszkodą są lokatorzy. - Mamy im stawiać domy? To zupełnie obcy ludzie. Sprawa należy do dzielnicy - mówi "Gazecie" obecny rektor Alojzy Szymański.

Grzegorz Goliński: - Siedem lat byłem traktorzystą w gospodarstwie SGGW.

Robert Lasota, wiceburmistrz Wilanowa: - Owszem, musielibyśmy znaleźć tym ludziom mieszkania, gdyby kiedyś płacili uczelni tzw. czynsz regulowany. SGGW nie przedstawiła na to dowodów. Sprawa jest w sądzie. My mamy własną kolejkę oczekujących.

Kto tu jest bogaty?

- Ciągle jest takie przeciąganie: od SGGW do dzielnicy i z powrotem. A już za komuny słyszeliśmy, że nas stąd wysiedlą - mówi Goliński.

- Mnie bulwersuje fakt, że tak bogata uczelnia nie potrafi zapewnić swoim byłym pracownikom lokali zastępczych. Chętnie za to wyburzyłaby tę ruderę pod nową inwestycję - wytyka Andrzej Kłosowski z nadzoru budowlanego, stając po stronie władz Wilanowa. Przypomina, że wyprowadzkę zagrożonych lokatorów nakazano w sierpniu 2007 r.

Burmistrz Lasota dodaje, że po drugiej stronie ulicy uczelnia miała lokale służbowe, ale przydzielono je komuś innemu.

- A skąd w ogóle takie wiadomości, że my jesteśmy bogaci? - pyta Alojzy Szymański, który jako prorektor zajmował się sprzedażą kolejnych działek SGGW, m.in. pod apartamentowce Miasteczka Wilanów. - To są dawne czasy. Pieniądze zainwestowaliśmy w nasz kampus na Ursynowie. Nie jesteśmy od zapewniania mieszkań. Kar naliczają nam dużo, ale jeszcze nic nie zapłaciliśmy.

Przeczytaj także: Ratusz obiecuje pomóc ubogim lokatorom



Podziel się