Przedszkolaku: wolisz teatr czy karate?

Rozmawiał Wojciech Tymowski
02.10.2009 aktualizacja: 2009-10-01 19:16
A A A Drukuj
Monika Rościszewska-Woźniak jest wiceprezesem Fundacji Rozwoju Dzieci im. Jana Amosa Komeńskiego Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta
- W przedszkolach publicznych jest coraz więcej dodatkowych zajęć, a aspiracje rodziców wciąż rosną - mówi Monika Rościszewska-Woźniak z Fundacji Rozwoju Dzieci im. Jana Amosa Komeńskiego.
SERWISY
Niedawno pisaliśmy o niekontrolowanych pieniądzach przepływających przez publiczne przedszkola w Warszawie. W tekście Wojciecha Karpieszuka "Haracz ukryty w przedszkolu" ("Gazeta" z 26.09) instruktorzy dodatkowych zajęć zatrudniani przez firmy-pośredników skarżyli się, że otrzymują za mało pieniędzy, bo część z sum wpłacanych przez rodziców dzieci pośrednik płaci nie im, ale dyrektorkom i intendentkom z przedszkoli za nadzór nad zajęciami i zbiórkę pieniędzy. Urzędnicy uważają, że to niedozwolone, gdyż firmy płacą pracownicom przedszkoli de facto za ich obowiązki, które wykonują w godzinach pracy. Dyrektorka ursynowskiego przedszkola, w którym ratusz przeprowadził kontrolę, została usunięta ze stanowiska, a urzędnicy zawiadomili o sprawie prokuraturę.

Wojciech Tymowski: Czy zajęcia dodatkowe w przedszkolach są rzeczywiście potrzebne?

Monika Rościszewska-Woźniak: Odpowiedź nie jest łatwa. Przedszkola powinny stworzyć dzieciom optymalne warunki rozwoju. Tylko co znaczy dziś optymalne? Niezbędny jest taniec, drama, czy karate? Czy dzieci potrzebują zajęć dodatkowych codziennie, czy wystarczy dwa razy w tygodniu? Tych zajęć jest coraz więcej, a aspiracje rodziców wciąż rosną.

To może trzeba zmienić program, by te aspiracje uwzględniał?

- Wolałabym skupić się na perspektywie dzieci, a nie ambicji i pomysłach dorosłych. Podstawa programowa dla przedszkoli niedawno się zmieniła. Teraz zajęcia mają być bardziej nakierowane na rozwój umiejętności współdziałania w grupie, gotowości do samodzielnego zdobywania wiedzy, rozwijanie ciekawości oraz budowanie odporności emocjonalnej. Można robić wiele rzeczy, które świetnie dzieci rozwijają. Prowadzić zajęcia artystyczne, naukowe, sportowe, matematyczne i literackie. Wszystko w ramach zabawy.

To nie wystarcza rodzicom. Płacą za dodatkowe zajęcia prowadzone przez instruktorów z zewnętrznych firm.

- Byłam dyrektorką przedszkola 15 lat. Nigdy nie wpuściłam pośredników, choć mieliśmy zajęcia dodatkowe. Zatrudniałam indywidualnie instruktorów, którzy prowadzili własną działalność gospodarczą.

Dlaczego?

- Bo tak jest lepiej. Wtedy ja wybierałam danego nauczyciela. Wiedziałam, jakie on miał metody pracy z dziećmi, musiał poznać i zaakceptować nasze. To, co robił, musiało być zgodne z koncepcją wychowawczą przedszkola, z wizją dziecka i naszą filozofią. Dzieci by nie zaakceptowały, gdyby nagle zamiast np. umawiać się z nimi na określone zadania, zaczął nimi rządzić albo gdyby zajęcia były nudne. W moim przedszkolu za zajęcia dodatkowe płacili rodzice, których było stać. Pieniądze wpływały na konto rady rodziców. Potem wspólnie decydowaliśmy, na jakie zajęcia je wydać. Korzystały z nich wszystkie przedszkolaki i wszyscy rodzice to akceptowali.

A czy tego, co robi się na zajęciach dodatkowych, nie można robić w ramach podstawowego programu przedszkolnego?

- W większości przypadków nie. Grupy w przedszkolach publicznych liczą po 25 dzieci. W takiej grupie nie można przeprowadzić np. zajęć z ceramiki, gdzie każde dziecko coś lepi z gliny, albo z rytmiki, gdzie nauczyciel miałby jednocześnie grać na pianinie i patrzeć, czy każde z 20 dzieci dobrze stawia krok. Nie wyobrażam sobie tego. Zajęcia dodatkowe to szansa na to, że dzieci będą mogły realizować swoje zainteresowania w mniejszych grupach - bardziej indywidualnie.

W innych krajach grupy są mniejsze?

- Tak. W krajach Unii, które znam, jeden nauczyciel ma pod opieką grupę 8 dzieci, u nas - 25. W tak licznej grupie naprawdę trudno jest zająć się zdolnościami każdego dziecka.

Trzeba zmniejszyć grupy?

- Trzeba, ale to oznacza, że przedszkola będą bardziej kosztowne, bo trzeba byłoby zatrudnić więcej nauczycieli, a gminy nie chcą powiększać swoich kosztów. Te rodzicielskie dopłaty za zajęcia dodatkowe to jest jak prywatna subwencja do samorządowych przedszkoli.

Ale instruktorzy mówią, że oni prowadzą zajęcia nie w takich małych grupach, jakich pani by chciała, lecz po 15-18 dzieci.

- Zdarza się tak np. na angielskim, gdy kolejni rodzice dopisują dzieci do dobrego instruktora. Ale to bez sensu. Grupa na angielskim powinna liczyć pięcioro-ośmioro maluchów. Jeśli jest ich kilkanaścioro, to nauczyciel traci mnóstwo czasu i energii na ich pacyfikowanie, bo dzieci na takich zajęciach wzajemnie się nakręcają. To też strata czasu dla tych przedszkolaków, a dla nauczyciela frustracja.

A czy zamiast instruktorów z pośredniczących firm tych dodatkowych zajęć nie mogliby prowadzić nauczyciele z przedszkola?

- Część na pewno mogłaby i chciałaby. Tak byłoby zresztą korzystniej. Bo wtedy dyrektor z nauczycielem ustalaliby dokładnie formę i treść takich zajęć. Zajęcia byłyby zgrane z programem realizowanym w przedszkolu. I nie byłoby wątpliwości, że dyrektor ma nadzór nad nimi. Ci nauczyciele powinni dostać wtedy dodatkowe wynagrodzenie, bo w końcu robiliby to poza swoim pensum, czyli godzinami pracy.

Teraz nie mogą tego robić?

- Nie, i dochodzi do absurdów. Znałam nauczycielkę, która po wyjściu z jednego przedszkola prowadziła zajęcia dodatkowe w drugim, ale już jako instruktorka z agencji.

Powinien być mechanizm, który pozwalałby dyrektorom przedszkoli zatrudnić na umowę-zlecenie też swojego nauczyciela na dodatkowe zajęcia, za które płaciliby rodzice. Te pieniądze zbieraliby na specjalne konto. Mogłyby tam wpływać też wpłaty z darowizn i od sponsorów. Konieczne jednak byłoby wspólne z radą rodziców decydowanie, na co wydawać pieniądze - czy na zajęcia dodatkowe z tańca, czy może na wzbogacenie oferty edukacyjnej przedszkola - wycieczki do zoo albo teatru, a może na projekty badawcze dzieci i dodatkowego nauczyciela do pomocy przy nich. Powstałaby przestrzeń do dyskusji nad programem i potrzebami edukacyjnymi dzieci.

I wtedy nauczyciele przejęliby wszystkie zajęcia? Instruktorzy z zewnątrz nie byliby już potrzebni?

- Nie. Nauczyciele przedszkoli nie umieją wszystkiego i nie muszą. Większość na przykład nie zna dobrze angielskiego.

Na poziomie dla dzieci też nie?

- Dzieci bardzo łatwo się uczą dźwięków. Nie zgodziłabym się na nauczyciela, który wyrażenie "the car" wymawia jak "dze kar". Natomiast warto byłoby sfinansować szkolenie z angielskiego nauczycieli przedszkoli, bo niemal wszyscy rodzice chcą, by ich dzieci chodziły na ten język. Ale na to potrzebne są pieniądze. A tych brakuje, więc instruktorów do przedszkoli nadal będzie potrzeba. Uważam jednak, że zdecydowanie lepiej zatrudniać ich bezpośrednio w przedszkolu, niż oglądać się na pośredniczące firmy, które na pośrednictwie muszą jeszcze zarobić i do końca nie wiadomo, jakich fachowców przyślą.

Przeczytaj także: Nie chcą przedszkola w cichej okolicy



Podziel się