To zdjęcie powstało w lipcu 1920 r. przed cukiernią Kresy przy Nowym Świecie 53. Przed wejściem do lokalu panie z Koła Polek rozkładają stolik i organizują zbiórkę żywności dla walczących żołnierzy.
Wróg u bram
Od kiedy wiosną armia polska zaczęła się wycofywać z Ukrainy i Białorusi, sytuacja na froncie stawała się coraz bardziej niepokojąca. Z punktu widzenia Warszawy front wydawał się być jeszcze daleko, ale w czerwcu z każdym dniem coraz bardziej nasilała się propaganda komunistyczna. Wybuchały strajki, dochodziło do manifestacji ulicznych. 23 czerwca powołano nowy rząd z premierem Władysławem Grabskim na czele.
"Twarz Warszawy spochmurniała" - pisał członek francuskiej misji wojskowej kapitan Charles de Gaulle. "Życie stawało się z dnia na dzień cięższe. (...) Trzeba było iść wzdłuż niekończących się ogonków kobiet, mężczyzn i dzieci o błędnym spojrzeniu oczekujących godzinami przed sklepem miejskiego piekarza na kawał czarnego, raz na tydzień wydawanego chleba, odczuwać ciążące na swoim samochodzie ponure spojrzenia tego tłumu, by zrozumieć, że nasza cywilizacja trzyma się na włosku. (...) Na murach niezliczone afisze, przed którymi tłum zatrzymuje się dłużej" - czytamy we wspomnieniu późniejszego prezydenta Francji.
Takie ogłoszenia, afisze z odezwami do narodu czy mieszkańców stolicy widzimy na naszej fotografii. W głębi po prawej łatwo też dostrzec plakat propagandowy. Bolszewik o twarzy troglodyty niesie ogień i śmierć, nurzając się w morzu krwi.
18 lipca 1920 r. w Warszawie uroczyście obchodzone jest święto Armii Ochotniczej. Wstępują do niej dziesiątki tysięcy młodych ludzi. "Niech na wołanie Polski nie zabraknie żadnego z jej wiernych i prawych synów, co wzorem ojców i dziadów pokotem położą wroga u stóp Rzeczypospolitej" - nawoływał w odezwach do ochotników naczelnik państwa i naczelny wódz Józef Piłsudski.
Wróćmy jednak do naszej fotografii. O stolikach rozkładanych przez piękne panie na rogach ulic wspominał Jarosław Iwaszkiewicz zmobilizowany w obozie w Rembertowie. "Na każdym rogu stoliki z kanapkami, bułkami, kiełbasą - częstowano nimi przechodzących, głodnych i niegłodnych żołnierzy" - czytamy w "Książce moich wspomnień" Iwaszkiewicza, który tak opisywał panującą wówczas w Warszawie atmosferę miasta na zapleczu frontu: "Dziwny to był obraz. Pomieszanie zmęczonych, zabłąkanych żołnierzy i dezerterów ze świeżo upieczonymi wojakami z inteligencji, mundury, które stroiły nawet takich cywilów jak Kornel Makuszyński i Antoni Słonimski. (...) Pochody bab, które tłukły okna w kawiarniach, wysyłając wszystkich na front, piękne panie z przepaskami Czerwonego Krzyża w lekkich jak obłoki, muślinowych sukienkach, świeżo sprowadzonych z Paryża, który wprowadził modę właśnie na przejrzyste letnie materiały i na krótkie spódnice".
Witryna dla rękawiczek
Wspaniała, klasycystyczna kamienica przy Nowym Świecie 53 powstała w czasach Królestwa Kongresowego i po wojnie została odbudowana. Dziś znana jest głównie z delikatesów działających tu od ponad pół wieku. Dodajmy, że budynek wzniesiony został w latach 1821-23 dla kupca Wawrzyńca Mikulskiego. Tego samego, który przed 1830 r. zbudował imponującą kamienicę na rogu Bielańskiej i Senatorskiej. Fasadę przy Nowym Świecie ożywił monumentalny portyk wsparty na sześciu półkolumnach kompozytowych, a projektantem tej prawdziwie pałacowej kamienicy był Fryderyk Albert Lessel.
Tym razem interesuje nas nie tyle jej architektura, ile dzieje cukierni Kresowej. Zanim powstała, na początku XX w. ulokował się tu wielki sklep Malinowskiego z rękawiczkami. Warto o nim wspomnieć, bo miał jedną z najbardziej szokujących, secesyjnych witryn. Nowoczesny styl art nouveau nie wszystkich jednak zachwycał.
Dla Jadwigi Waydel Dmochowskiej witryna sklepu Malinowskiego była kiczem niszczącym klasycystyczno-biedermeierowski nastrój Nowego Światu. "Pomiędzy oknem wystawowym a oszkolnymi drzwiami wprawione było w mur lustro dziwnego kształtu, może najpodobniejsze do wielkiej gruszki, otoczone ramą z prasowanego szkła, strojone w liliowe nenufary i zielone liście. Przerażająco pretensjonalne!" - oceniała pisarka. Pani Waydel Dmochowska, wytrawna znawczyni warszawskich domów mody, salonów obuwniczych, gorseciarni i sklepów z norymberszczyzną, zachwycała się za to wnętrzami sklepu Malinowskiego.
Jej zdaniem przed 1914 r. w dziedzinie rękawiczek Warszawa mogła rywalizować z niejedną stolicą europejską. "Takie firmy jak Nivet, Gromko, Mnich, Michalski, a zwłasza Malinowski, wytrzymywały zwycięsko każde porównanie. Ja osobiście najwyżej stawiałam Malinowskiego. Jego krój, a szczególnie najtrudniejszy i najważniejszy fason pierwszego palca nie ustępował słynnemu na cały świat paryskiemu Jouvainow. A jaki gatunek skór i tych duńskich, matowych, i glansowanych, i tych do prania w wodzie!" - zachwycała się w książce "Jeszcze o dawnej Warszawie". Firmę Malinowskiego zniszczyła bieda spowodowana pierwszą wojną światową. Ostatecznie upadła w początku lat 20.
Leokadia nie Balbina
W tym samym czasie dawna kamienica Mikulskiego na Nowym Świecie zasłynęła Kresową. Zdaniem Wojciecha Herbaczyńskiego, autora książki "W dawnych cukierniach i kawiarniach Warszawy", Kresowa zyskała furorę dzięki położeniu na drodze między Uniwersytetem, Akademią Sztuk Pięknych i Konserwatorium. To ostatnie znajdowało się kilkadziesiąt metrów dalej przy Ordynackiej. A ponieważ artystom udzielano tu kredytu, to w Kresowej nigdy nie brakowało początkujących malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy czy poetów.
Oryginałem był malarz Kamil Witkowski odwiedzający Kresową wraz ze swoją kaczką Leokadią. "Z tą kaczką to zabawna historia. Ktoś wspominał o Witkowskim z gęsią (bezimienną), a trafiłem też na wiadomość, że chadzał z indyczką Balbiną. Więc jak to było naprawdę. Jaki ptak chodził po Nowym Świecie" - zastanawiał się Herbaczyński.
W Kresowej spotykali się wreszcie członkowie lewicowej grupy literackiej "Kwadryga" skupiającej m.in. poetów Lucjana Szenwalda, Aleksandra Maliszewskiego i Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego. Jednak "centrala" "Kwadrygi" mieściła się nieopodal na Krakowskim Przedmieściu w lokalu ojca Niny Rydzewskiej będącej "jedynaczką" tej grupy artystycznej.
Właścicielem Kresowej był Sączewski - "człowiek starej daty, spokojny, trochę zabawny w swoich dziwactwach" - pisze Herbaczyński. W połowie lat 20., gdy Polskie Radio nadawało swoje pierwsze programy, poeta z "Kwadrygi" Aleksander Maliszewski zanotował jedną z nim rozmówkę na temat radia. "Sączewski ani nowości nie lubił, ani im nie dowierzał i twierdził, że i z tej nic dobrego nie wyjdzie: To tak - tłumaczył - jakbym kuchnię, uważa pan, miał na Mokotowie, a jedzenie, uważa pan, podawał na Nowym Świecie".
W 1930 r. Kresową kupił Feliks Gołaszewski, gruntownie przebudował, powiększył i przemianował na cukiernię Napoleonka. W ogrodzie ciągnącym się wzdłuż Wareckiej zostały ustawione stoliki z letnim ogródkiem. Dalej zaś urządzony był welodrom, a zimą ślizgawka.
W Napoleonce podawano oczywiście napoleonki. Początek nazwy wziął się od pierwszej cukierni Gołaszewskiego otwartej przy Świętokrzyskiej 26 frontem do placu Napoleona. Plac nadał nazwę cukierni, a nazwa cukierni przeszła na sprzedawane tu kremówki. Zdaniem Herbaczyńskiego napoleonkom co do smaku trudno było cokolwiek zarzucić, "jako że Feluś wciąż przesiadywał w pracowni, dopilnowując produkcji". Napoleonek nigdy też nie mogło tu zabraknąć. To one stanowiły o wyjątkowości cukierni.
W tym miejscu działała jednak tylko do ok. 1936 r. Gołaszewski zlikwidował ją, zakładając nową filię przy Puławskiej 3 - upaństwowioną po wojnie i zamienioną w kawiarnię Mokotowską. Sama kamienica przy Nowym Świecie przetrwała do Powstania Warszawskiego. Po wojnie została odbudowana.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna