Nie ma śladu po przedwojennej, drewnianej Pelcowiźnie
07.05.2010
aktualizacja: 2010-05-06 22:39
Przedwojenna Pelcowizna miała swoje lepsze i gorsze zaułki. Najbiedniejsi zamieszkiwali "hutę". W pierwszych dniach wojny światowej rzucili się, by rabować wagony z dobytkiem wysłanym koleją przez mieszkańców Pomorza
Dzielnicę od północy wyznaczała ul. Toruńska, a od południa Golędzinowska, na wschodzie wzdłuż brzegu Wisły Modlińska, a na zachodzie bocznice i tory kolejowe. Między nimi siatka ulic z nazwami głównie miast pomorskich: Helska, Warmińska, Kartuska, ale też m.in. Bojanowska, Różopolska. Dziś z całej tej geografii nie przetrwało nic. Ocalał jedynie kościół pod wezwaniem Świętej Jadwigi Śląskiej absurdalnie wpleciony w ślimak mostu gen. Grota-Roweckiego. Nie przypomina już jednak prowizorycznego kościoła przedwojennego zbudowanego z drewna.
Kradzione deski
Do napisania o Pelcowiźnie skłonił mnie list pani Gabrieli Gradowskiej, która w tym kolejarskim zakątku Warszawy spędziła dzieciństwo. Dawne dzieje dzielnicy to opowieść o czasach, gdy kolejarskie związki zawodowe zabiegały o podnoszenie poziomu materialnego i kulturalnego rodzin swych pracowników. W niczym nie przypominały dzisiejszych hamujących zmiany na kolei.
Pelcowizna zabudowę miała lichą. Na planie miasta z 1934 r. wzdłuż wąskich uliczek widać skupisko niewielkich domków, szop i komórek. Wtedy był to sam koniec Warszawy. Dominowały budynki drewniane, oszalowane impregnowanymi deskami, takimi jakie używano na kolei. "Ktoś powiedział, że Pelcowiznę zbudowano po pierwszej wojnie światowej z drewna skradzionego na kolei. To może być prawdą, bo tego zjawiska dostarczyły nam wydarzenia po 1939 r." - napisała pani Gradowska. Mieszkańcami dzielnicy byli głównie kolejarze, choć nie brakowało właścicieli sklepików, małych warsztatów czy gospodarstw rolnych. "Niektórzy hodowali nawet krowy. Pamiętam, że ul. Bojanowska nie miała nawet chodników, bo rozdeptały ją stada bydła, zaś błoto, kurz i zapach tej ulicy nie miał wiele wspólnego z przynależnością do stolicy" - czytamy.
Wśród nazwisk właścicieli posesji przy ul. Helskiej, gdzie mieszkała autorka listu, znajdujemy m.in. Mieszkowskich, Laskowskich, Puszczałowskich, Głowackich, Draczków, Mackiewiczów, Orlików, Zdziennickich, Bednarskich, Zająców i Wróblów. Prawdziwymi potentatami byli sukcesorzy Bazylego Afanasjewa, którzy parcelowali działki na Pelcowiźnie.
Jak pisze Gabriela Gradowska, większość jej wujów, sąsiadów, znajomych nosiła czapki kolejarskie różnych specjalności i służb. "Tworzyli jakby klan, liczną klasę społeczną odgrywającą ważną rolę w polskim życiu między dwiema wojnami. (...) Biedna, źle oświetlona, prawie pozbawiona bruków Pelcowizna była - w moim obecnym przekonaniu - objęta ambitnym programem zarówno funkcjonowania komunikacji i transportu, jak i wychowania i tworzenia kadry w różnego rodzaju szkołach technicznych. To przygotowanie w kolejnictwie było domeną związków zawodowych. Praca na kolei była stała, choć skromnie wynagradzana. W zamian stawiała wymagania solidności i punktualności, co stwarzało podstawy kultury osobistej pracowników i ich rodzin. Była to także działalność biblioteczna dla dorosłych i dzieci, zniżki do kina, wczasy wagonowe, kolonie i obozy, a dla dzieci choinki z prezentami i udziałem rodziców"- czytamy w liście.
Kościół w winie
Od północy za Toruńską na terenie dawnej wsi Różopol stały zabudowania fabryki budowy mostów z górującym nad nimi kominem. Tuż obok zbiorniki nafty. Bliżej drewniany kościół św. Jadwigi. To była najważniejsza budowla w dzielnicy. Powstała w latach 1920-21. za zgodą kardynała Aleksandra Kakowskiego na gruncie podarowanym przez rodziny Grędzickich, a w budowie bardzo przysłużył się ks. prałat Jan Poskrobko. Pieniądze na tę inwestycję podarowała m.in. księżna Maria Radziwiłłowa. Ta sama, która finansowała monumentalną bazylikę przy Kawęczyńskiej na Szmulkach. Stamtąd też na Pelcowiznę przeniesiono barak, który służył jako pierwsza kaplica. 17 października 1920 r. poświęcił ją prałat Zygmunt Łubieński.
Potem z inicjatywy kardynała Kakowskiego do budowy ruszyli kolejarze z okolicy, a nad realizacją czuwał architekt Henryk Kudera. Częściowo obłożył budowlę cegłą. "Kościół przedstawia się dość skromnie, jest jednak przez swych parafian bardzo ceniony" - pisał Władysław J. Grabski w książce "Kościoły Warszawy w odbudowie". Z zewnątrz świątynia przypominała nieco ogromną stodołę. Jej ściana szczytowa poprzedzona drewnianym gankiem z głównym wejściem z biegiem lat niemal w całości obrosła dzikim winem. Szeroka nawa środkowa zwieńczona była stropem o otwartej więźbie dachowej. Z boków ciągnęły się wąskie nawy boczne oddzielone od głównej drewnianymi słupami. Ściany wewnętrzne oszalowane zostały deskami. Na podłodze leżały długie skrzypiące deski. Nad ołtarzem w niszy stała figura Matki Boskiej ujęta po bokach dwiema partiami pilastrów. Od 1929 r. w kościele działały też organy firmy Biernackiego. Odpust w parafii św. Jadwigi przypadał na 15 października. Z całej Polski "zjeżdżali żebracy, nieprawdopodobnie pomysłowi w prezentowaniu swej niedoli" - pisze pani Gradowska.
Obok fortu
Od kolei Pelcowiznę oddzielała biegnąca łukiem ulica Różopolska. Od wschodu wzdłuż niej stał ceglany mur. Za nim „bezładnie zabudowany teren ludzie nazywali »hutą «. Z oddali widziałam tam jakieś fragmenty czerwonych murów. Wiedziałam, że mieszkają tam liczni koledzy, przeważnie z biednych rodzin. Od północy z Różopolską prostopadle łączyła się ul. Toruńska, która przebijała się przez tory kolejowe i prowadziła na Bródno. Jej północne pobocze nie było zabudowane, to były podmokłe tereny, wiosną pełne kaczeńców, a dalej łąki i bezdroże zwane »kanałem «. Tam też kończył się szlabanem skrajny tor kolei często zostawiany manewrującym pociągom towarowym” - czytamy w liście.
Tu trzeba dodać, że za porośniętym kaczeńcami i pociętym kanałami terenem do 1913 r. wznosił się rosyjski fort XIVa nazywany Pelcowizną. To z jego powodu Rosjanie ograniczali w sąsiedztwie budowę domów murowanych. Fort zburzyli już w 1913 r., ale jego relikty można było oglądać do niedawna w miejscu obecnego centrum handlowego Auchan.
We wrześniu 1939 r. Pelcowizna znalazła się na zapleczu walk. "Dom przy Helskiej opuściliśmy na rozkaz, bo od północy za kanałem utworzył się już front niemiecki. Na Helskiej zaczęto kopać okopy. Mieszkania zostały zamknięte. Ale zaraz po naszym wyjściu dom stał się elementem umocnień. Wielki tłum opuścił Pelcowiznę, dwa tygodnie spędziliśmy w Śródmieściu w schronach, tylko śpiąc w mieszkaniach naszych krewnych. Po zawieszeniu broni mama zostawiła mnie i siostrę i pieszo poszła na Pelcowiznę, zobaczyć, czy dom ocalał. Miał tylko rozbity pociskami dach, dziury w podłogach, wszystkie sprzęty potrzaskane gęstym ostrzałem, nie było okien ani drzwi, bo wszystkie wyniesiono do okopów" - wspomina Gabriela Gradowska. Mieszkańcy wrócili i jesienią 1939 r. powoli zaczęli odbudowywać zdewastowane domy.
Skarby z Gdyni
Od pierwszych dni okupacji zaczęły się rabunki wagonów stojących na bocznicach. Na początku było to pospolite ruszenie wygłodniałych mieszkańców Pelcowizny. Za murem przy Różopolskiej stały cysterny z olejem. "Ludzie dobrali się do zawartości w sposób gwałtowny, olej lał się. Wręcz tryskał strumieniami. Żeby olej nabrać w naczynie, trzeba się było skąpać w tych strugach. Mama wróciła z pustym garnkiem, ale inni ludzie byli tak zdeterminowani, zlani olejem napełniali kubły, kotły i wszelkie garnki".
Wkrótce ktoś odkrył, że na bocznicach nieodległej stacji Warszawa-Praga stoją wagony olbrzymiego transportu z ewakuowanym jeszcze przed wybuchem wojny dobytkiem mieszkańców miast pomorskich, takich jak bogata Gdynia. „Najbliżsi byli mieszkańcy »huty «. Wieść o niewyobrażalnych skarbach rozeszła się lotem błyskawicy. Z Pelcowizny też ciągnęły tłumy, ruch nie ustawał nawet po godzinie policyjnej. Z powrotem ludzie ciągnęli olbrzymie walizy, niektórzy wózki z ciężarami” - czytamy w liście. Najcięższym łupem był fortepian. Zdobywca cały czas grał na instrumencie, bo tylko w ten sposób mógł zaznaczyć swoje prawo do łupu. „Znajoma pani ze smakiem opisywała sceny rabunku transportu dokonywanego przy dźwiękach gry na fortepianie. Bójki, szamotanie się z ciężarem bagaży ludzi podnieconych bogactwem łupów śród głośnej muzyki”. Wkrótce na Pelcowiźnie zaczęli pojawiać się ludzie w drogich okryciach: futrach, lisich czapach, kapeluszach z innej bajki. „Pierwszym miejscem prezentacji był kościół, do którego nowi właściciele ubrali się z szacunku dla miejsca świętego, a może dla utwierdzenia się w swoim prawie do własności. Pamiętam, ile było szeptów podziwu, ale i dezaprobaty. Mówiono, że na sumie jakaś kobieta tak przesadziła w doborze stroju, aż wszyscy się od niej odsuwali, by móc ją podziwiać. Miała dużą widownię”.
Potem na kolei działali wyspecjalizowani złodzieje. Tym razem już przy aprobacie mieszkańców okupowanej stolicy - bo rabowano niemieckie transporty z żywnością i odzieżą dla wojska. Gdy kolejarze manewrowali wagonami, "w różnych miejscach czekali młodzi ludzie, który w tym czasie otwierali zapieczętowane wagony i wyrzucali jak najdalej różne rzeczy, nawet nie patrząc, czy to bielizna, czy mundury. Zdarzały się wypadki zatrzymania śmiałków, czasem ktoś zginął. Którejś zimowej nocy przeprowadzono na Pelcowiźnie rewizję. Około 2 w nocy wypędzono ludzi na zewnątrz. Poszliśmy szukać schronienia w aptece, którą nam otworzył właściciel. Wróciliśmy o świcie. Nic nie zginęło. Wywalono tylko zawartość szaf i bieliźniarek. Nie pamiętam, czy znaleźli gdzieś skradzione rzeczy".
Pelcowizna dotrwała do września 1944 r. W czasie walk o Pragę między Niemcami i nacierającą Armią Czerwoną znaczna część drewnianej zabudowy spłonęła. Poważnie uszkodzony został kościół. Kres dzielnicy przyniosły jednak wielkie inwestycje powojenne. Na początku lat 50. w miejscu dawnej siatki ulic stanęły hale Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu. Na gruntach Różopolu wyrosła z kolei Elektrociepłownia Żerań, zaś w drugiej połowie lat 70. śladem ul. Toruńskiej poprowadzono estakady nowej arterii komunikacyjnej. Przetrwał jedynie kościół, który wbrew władzom komunistycznym powiększono i z czasem zamieniono na murowany.
Kradzione deski
Do napisania o Pelcowiźnie skłonił mnie list pani Gabrieli Gradowskiej, która w tym kolejarskim zakątku Warszawy spędziła dzieciństwo. Dawne dzieje dzielnicy to opowieść o czasach, gdy kolejarskie związki zawodowe zabiegały o podnoszenie poziomu materialnego i kulturalnego rodzin swych pracowników. W niczym nie przypominały dzisiejszych hamujących zmiany na kolei.
Pelcowizna zabudowę miała lichą. Na planie miasta z 1934 r. wzdłuż wąskich uliczek widać skupisko niewielkich domków, szop i komórek. Wtedy był to sam koniec Warszawy. Dominowały budynki drewniane, oszalowane impregnowanymi deskami, takimi jakie używano na kolei. "Ktoś powiedział, że Pelcowiznę zbudowano po pierwszej wojnie światowej z drewna skradzionego na kolei. To może być prawdą, bo tego zjawiska dostarczyły nam wydarzenia po 1939 r." - napisała pani Gradowska. Mieszkańcami dzielnicy byli głównie kolejarze, choć nie brakowało właścicieli sklepików, małych warsztatów czy gospodarstw rolnych. "Niektórzy hodowali nawet krowy. Pamiętam, że ul. Bojanowska nie miała nawet chodników, bo rozdeptały ją stada bydła, zaś błoto, kurz i zapach tej ulicy nie miał wiele wspólnego z przynależnością do stolicy" - czytamy.
Wśród nazwisk właścicieli posesji przy ul. Helskiej, gdzie mieszkała autorka listu, znajdujemy m.in. Mieszkowskich, Laskowskich, Puszczałowskich, Głowackich, Draczków, Mackiewiczów, Orlików, Zdziennickich, Bednarskich, Zająców i Wróblów. Prawdziwymi potentatami byli sukcesorzy Bazylego Afanasjewa, którzy parcelowali działki na Pelcowiźnie.
Jak pisze Gabriela Gradowska, większość jej wujów, sąsiadów, znajomych nosiła czapki kolejarskie różnych specjalności i służb. "Tworzyli jakby klan, liczną klasę społeczną odgrywającą ważną rolę w polskim życiu między dwiema wojnami. (...) Biedna, źle oświetlona, prawie pozbawiona bruków Pelcowizna była - w moim obecnym przekonaniu - objęta ambitnym programem zarówno funkcjonowania komunikacji i transportu, jak i wychowania i tworzenia kadry w różnego rodzaju szkołach technicznych. To przygotowanie w kolejnictwie było domeną związków zawodowych. Praca na kolei była stała, choć skromnie wynagradzana. W zamian stawiała wymagania solidności i punktualności, co stwarzało podstawy kultury osobistej pracowników i ich rodzin. Była to także działalność biblioteczna dla dorosłych i dzieci, zniżki do kina, wczasy wagonowe, kolonie i obozy, a dla dzieci choinki z prezentami i udziałem rodziców"- czytamy w liście.
Kościół w winie
Od północy za Toruńską na terenie dawnej wsi Różopol stały zabudowania fabryki budowy mostów z górującym nad nimi kominem. Tuż obok zbiorniki nafty. Bliżej drewniany kościół św. Jadwigi. To była najważniejsza budowla w dzielnicy. Powstała w latach 1920-21. za zgodą kardynała Aleksandra Kakowskiego na gruncie podarowanym przez rodziny Grędzickich, a w budowie bardzo przysłużył się ks. prałat Jan Poskrobko. Pieniądze na tę inwestycję podarowała m.in. księżna Maria Radziwiłłowa. Ta sama, która finansowała monumentalną bazylikę przy Kawęczyńskiej na Szmulkach. Stamtąd też na Pelcowiznę przeniesiono barak, który służył jako pierwsza kaplica. 17 października 1920 r. poświęcił ją prałat Zygmunt Łubieński.
Potem z inicjatywy kardynała Kakowskiego do budowy ruszyli kolejarze z okolicy, a nad realizacją czuwał architekt Henryk Kudera. Częściowo obłożył budowlę cegłą. "Kościół przedstawia się dość skromnie, jest jednak przez swych parafian bardzo ceniony" - pisał Władysław J. Grabski w książce "Kościoły Warszawy w odbudowie". Z zewnątrz świątynia przypominała nieco ogromną stodołę. Jej ściana szczytowa poprzedzona drewnianym gankiem z głównym wejściem z biegiem lat niemal w całości obrosła dzikim winem. Szeroka nawa środkowa zwieńczona była stropem o otwartej więźbie dachowej. Z boków ciągnęły się wąskie nawy boczne oddzielone od głównej drewnianymi słupami. Ściany wewnętrzne oszalowane zostały deskami. Na podłodze leżały długie skrzypiące deski. Nad ołtarzem w niszy stała figura Matki Boskiej ujęta po bokach dwiema partiami pilastrów. Od 1929 r. w kościele działały też organy firmy Biernackiego. Odpust w parafii św. Jadwigi przypadał na 15 października. Z całej Polski "zjeżdżali żebracy, nieprawdopodobnie pomysłowi w prezentowaniu swej niedoli" - pisze pani Gradowska.
Obok fortu
Od kolei Pelcowiznę oddzielała biegnąca łukiem ulica Różopolska. Od wschodu wzdłuż niej stał ceglany mur. Za nim „bezładnie zabudowany teren ludzie nazywali »hutą «. Z oddali widziałam tam jakieś fragmenty czerwonych murów. Wiedziałam, że mieszkają tam liczni koledzy, przeważnie z biednych rodzin. Od północy z Różopolską prostopadle łączyła się ul. Toruńska, która przebijała się przez tory kolejowe i prowadziła na Bródno. Jej północne pobocze nie było zabudowane, to były podmokłe tereny, wiosną pełne kaczeńców, a dalej łąki i bezdroże zwane »kanałem «. Tam też kończył się szlabanem skrajny tor kolei często zostawiany manewrującym pociągom towarowym” - czytamy w liście.
Tu trzeba dodać, że za porośniętym kaczeńcami i pociętym kanałami terenem do 1913 r. wznosił się rosyjski fort XIVa nazywany Pelcowizną. To z jego powodu Rosjanie ograniczali w sąsiedztwie budowę domów murowanych. Fort zburzyli już w 1913 r., ale jego relikty można było oglądać do niedawna w miejscu obecnego centrum handlowego Auchan.
We wrześniu 1939 r. Pelcowizna znalazła się na zapleczu walk. "Dom przy Helskiej opuściliśmy na rozkaz, bo od północy za kanałem utworzył się już front niemiecki. Na Helskiej zaczęto kopać okopy. Mieszkania zostały zamknięte. Ale zaraz po naszym wyjściu dom stał się elementem umocnień. Wielki tłum opuścił Pelcowiznę, dwa tygodnie spędziliśmy w Śródmieściu w schronach, tylko śpiąc w mieszkaniach naszych krewnych. Po zawieszeniu broni mama zostawiła mnie i siostrę i pieszo poszła na Pelcowiznę, zobaczyć, czy dom ocalał. Miał tylko rozbity pociskami dach, dziury w podłogach, wszystkie sprzęty potrzaskane gęstym ostrzałem, nie było okien ani drzwi, bo wszystkie wyniesiono do okopów" - wspomina Gabriela Gradowska. Mieszkańcy wrócili i jesienią 1939 r. powoli zaczęli odbudowywać zdewastowane domy.
Skarby z Gdyni
Od pierwszych dni okupacji zaczęły się rabunki wagonów stojących na bocznicach. Na początku było to pospolite ruszenie wygłodniałych mieszkańców Pelcowizny. Za murem przy Różopolskiej stały cysterny z olejem. "Ludzie dobrali się do zawartości w sposób gwałtowny, olej lał się. Wręcz tryskał strumieniami. Żeby olej nabrać w naczynie, trzeba się było skąpać w tych strugach. Mama wróciła z pustym garnkiem, ale inni ludzie byli tak zdeterminowani, zlani olejem napełniali kubły, kotły i wszelkie garnki".
Wkrótce ktoś odkrył, że na bocznicach nieodległej stacji Warszawa-Praga stoją wagony olbrzymiego transportu z ewakuowanym jeszcze przed wybuchem wojny dobytkiem mieszkańców miast pomorskich, takich jak bogata Gdynia. „Najbliżsi byli mieszkańcy »huty «. Wieść o niewyobrażalnych skarbach rozeszła się lotem błyskawicy. Z Pelcowizny też ciągnęły tłumy, ruch nie ustawał nawet po godzinie policyjnej. Z powrotem ludzie ciągnęli olbrzymie walizy, niektórzy wózki z ciężarami” - czytamy w liście. Najcięższym łupem był fortepian. Zdobywca cały czas grał na instrumencie, bo tylko w ten sposób mógł zaznaczyć swoje prawo do łupu. „Znajoma pani ze smakiem opisywała sceny rabunku transportu dokonywanego przy dźwiękach gry na fortepianie. Bójki, szamotanie się z ciężarem bagaży ludzi podnieconych bogactwem łupów śród głośnej muzyki”. Wkrótce na Pelcowiźnie zaczęli pojawiać się ludzie w drogich okryciach: futrach, lisich czapach, kapeluszach z innej bajki. „Pierwszym miejscem prezentacji był kościół, do którego nowi właściciele ubrali się z szacunku dla miejsca świętego, a może dla utwierdzenia się w swoim prawie do własności. Pamiętam, ile było szeptów podziwu, ale i dezaprobaty. Mówiono, że na sumie jakaś kobieta tak przesadziła w doborze stroju, aż wszyscy się od niej odsuwali, by móc ją podziwiać. Miała dużą widownię”.
Potem na kolei działali wyspecjalizowani złodzieje. Tym razem już przy aprobacie mieszkańców okupowanej stolicy - bo rabowano niemieckie transporty z żywnością i odzieżą dla wojska. Gdy kolejarze manewrowali wagonami, "w różnych miejscach czekali młodzi ludzie, który w tym czasie otwierali zapieczętowane wagony i wyrzucali jak najdalej różne rzeczy, nawet nie patrząc, czy to bielizna, czy mundury. Zdarzały się wypadki zatrzymania śmiałków, czasem ktoś zginął. Którejś zimowej nocy przeprowadzono na Pelcowiźnie rewizję. Około 2 w nocy wypędzono ludzi na zewnątrz. Poszliśmy szukać schronienia w aptece, którą nam otworzył właściciel. Wróciliśmy o świcie. Nic nie zginęło. Wywalono tylko zawartość szaf i bieliźniarek. Nie pamiętam, czy znaleźli gdzieś skradzione rzeczy".
Pelcowizna dotrwała do września 1944 r. W czasie walk o Pragę między Niemcami i nacierającą Armią Czerwoną znaczna część drewnianej zabudowy spłonęła. Poważnie uszkodzony został kościół. Kres dzielnicy przyniosły jednak wielkie inwestycje powojenne. Na początku lat 50. w miejscu dawnej siatki ulic stanęły hale Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu. Na gruntach Różopolu wyrosła z kolei Elektrociepłownia Żerań, zaś w drugiej połowie lat 70. śladem ul. Toruńskiej poprowadzono estakady nowej arterii komunikacyjnej. Przetrwał jedynie kościół, który wbrew władzom komunistycznym powiększono i z czasem zamieniono na murowany.
Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim
Najczęściej czytane24 htydzień
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Co Donieck ma lepszego od Warszawy? Nie tylko Stadion!
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]




