Renesans w miejscu fabryk na Woli
21.10.2010
aktualizacja: 2010-10-21 18:22
Górczewska nie należała do najpiękniejszych ulic Warszawy. Była wąska i wybrukowana kocimi łbami. W starych domach panowało przeludnienie
ZOBACZ TAKŻE
- Skończył sto lat i promuje książkę o Warszawie (19-11-10, 15:00)
- Dom bankowy: szpital i bastion powstańców (12-11-10, 15:00)
- Warszawa nieodbudowana: Morderca w skórze Adonisa (04-11-10, 17:36)
- Romans w domu bankowców. Jak powstał Park Kultury? (29-10-10, 15:00)
- Budynek skażony rtęcią i azbestem tuż obok budowy metra (27-10-10, 08:00)
- Uratują willę byłego prezydenta na Mokotowie? (19-10-10, 11:00)
- Fort pięknieje, ale powoli. Remont opóźniony o pół roku (16-10-10, 10:00)
- W Łazienkach bardzo się kurzy. Dwumetrowa chmura (15-10-10, 11:00)
W końcu lat 30. i tu jednak dotarła nowoczesność. Zaczęło powstawać coraz więcej nowych kamienic. Po Górczewskiej w stronę Ulrychowa jeździł też tramwaj 16 z pl. Bernardyńskiego na Czerniakowie. Linię z pętlą przy Elekcyjnej poprowadzono w 1930 r.
Robotnicy z bloków
Mimo to przed 1939 r. pejzaż ulicy nie był porywający. W zabudowie, zwłaszcza w zachodniej części Górczewskiej, niedaleko wiaduktu kolejowej linii obwodowej przeważały drewniane domy - parterowe i jednopiętrowe.
"Tu w jednej izbie mieszkało kilka osób. Zawsze wionęło smrodem, bo nieczystości wylewało się do rynsztoka. W naszym podwórku mieszkało też kilka rodzin robotniczych" - czytamy we wspomnieniach Jerzego Górskiego na łamach "Kroniki Warszawy" z 1977 r.
Górczewska była po prostu zapleczem przemysłowej Woli. Jak pisze Jarosław Zieliński w "Atlasie dawnej architektury ulic warszawskich", pierwszy, duży zakład przemysłowy przy ulicy powstał w 1899 r. Była to fabryka Towarzystwa Akcyjnego Drezdeńskiej Manufaktury Tiulu, Koronek i Firanek. Wznosiła się pod nr. 14 pomiędzy ul. Tyszkiewicza a północnym odcinkiem Płockiej, nieomal vis-a-vis zachowanej do dziś kolonii Wawelberga. Od frontu stały tu niewielkie zabudowania administracyjne, za to w głębi, za niewielkim podwórkiem ciągnęły się długie hale produkcyjne.
W latach międzywojennych, w rejonie wiaduktu kolejowego aż roiło się od fabryk. Wymieńmy tylko niektóre: Fabryka Konstrukcji Żelaznych pod nr. 53, wojskowe Warsztaty 3. Baonu Pancernego pod nr. 44a czy Fabryka Uszczelnień Wyrobów Azbestowych i Gumowych R. Tschakert i Ska. pod nr. 62.
Najbardziej znana była chyba wspomniana już kolonia Wawelberga. Ceglane bloki wzniesione z inicjatywy Hipolita i Ludwiki Wawelbergów były pierwszą w Warszawie kolonią robotniczą z bogatym programem społecznym. Były też próbą zapewnienia robotnikom tanich mieszkań dopiero ćwierć wieku później powtórzoną na wielką skalę przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową i Towarzystwo Osiedli Robotniczych. Wolską kolonię złożoną z czterech identycznych czteropiętrowych bloków uzupełniała szkoła i łaźnia. Budynek szkolny nie istnieje już od dawna. Efektowną architekturę opuszczonej łaźni ze szczytami jak w średniowiecznym zamku zburzono kilka lat temu.
Kolonia Wawelberga powstała w dwóch etapach. W latach 1898-99 stanęły dwa pierwsze bloki z 88 i 90 mieszkaniami. 60 proc. z nich składało się z dwóch pokojów. Jak się okazało, było to zbyt drogo dla robotników. Kolejny, trzeci blok (od ul. Wawelberga) zbudowano w latach 1899-1900. Liczył on 131 mieszkań mniejszych, jednoizbowych.
Dodajmy, że Hipolit Wawelberg - finansista i filantrop - był właścicielem banku, a także inicjatorem założenia słynnej Szkoły Mechaniczno-Technicznej. Kolonię przy Górczewskiej ufundował z żoną Ludwiką rok przed śmiercią. W budynkach mieszkali zarówno Żydzi, jak i Polacy. Z jego domów nikogo nie można było wyrzucić na bruk.
Bieda w drewniakach
Mieszkanie u Wawelberga dla ubogich rodzin robotniczych było niewątpliwie wyróżnieniem. Zwłaszcza w ciężkich czasach tuż po pierwszej wojnie światowej, kiedy w Warszawie panował ogromny głód mieszkaniowy.
Wspominał o tym Jerzy Górski: "Urodziłem się w 1928 r. w rodzinie robotniczej. Razem z innymi rodzinami robotniczymi i biedotą mieszkaliśmy w drewniaku na Górczewskiej. W naszym mieszkaniu na powierzchni 16 m kw. gnieździło się dziesięć osób: rodzice, pięcioro rodzeństwa oraz sublokatorzy, których brała matka, gdy nie było na zapłacenie komornego. Ojciec nie zawsze miał pracę. W domu była bieda" - czytamy.
Pod koniec lat 30. sytuacja ekonomiczna zaczęła się poprawiać i ojciec Jerzego Górskiego dostał pracę w wielkich zakładach Lilpop, Rau i Loewenstein przy ul. Bema. Wypłatę dostawał raz w tygodniu, w sobotę. Tego dnia, wracając do domu, zawsze kupował dla całej rodziny bułki lub rogale. Były zbyt drogie, by mógł sobie na nie pozwolić w dzień powszedni.
"Na co dzień jadło się suchy chleb lub chleb ze smalcem. Po powrocie ze szkoły braliśmy z kolegą stare kubełki i szliśmy na okoliczne pola i place zbierać szkło, które potem sprzedawaliśmy w składzie złomu, by kupić sobie kajet lub cukierki. W niedzielę, gdy była pogoda, chodziliśmy całą rodziną do lasu na Koło. Ojciec brał mandolinę, kolega ojca gitarę i grali modne wówczas przeboje. Starsi tańczyli, a myśmy hasali po lasku" - wspominał Górski.
Jarosław Zieliński skrupulatnie ustalił, że już w 1910 r. odcinek Górczewskiej między Młynarską a Płocką otrzymał oświetlenie elektrycznymi lampami łukowymi zasilanymi z elektrowni wolskiej, a w 1911 r. - także kanalizację i wodociąg.
Bardziej intensywna i prawdziwie nijaka zabudowa Górczewskiej zaczęła się dopiero na przełomie lat 20. i 30. W 1928 r. stanął m.in. dom starców dla inteligencji żydowskiej, a wkrótce na rogu Płockiej przytułek dla opuszczonych dzieci żydowskich. W połowie lat 30. tuż obok, wzdłuż Płockiej (Płocka 26/30), powstał duży kompleks nowego Szpitala Wolskiego przeniesionego z ul. Wolskiej.
We wrześniu 1939 r. gdzieś na rogu Górczewskiej i Płockiej pozostał ogromny lej po bombie. Po kapitulacji Warszawy polscy żołnierze wrzucali do niego broń, by nie dostała się ona w ręce Niemców.
Tragedia Woli
Zagładę ulicy i tysięcy jej mieszkańców przyniosło dopiero Powstanie Warszawskie. Niemal każdy adres wiąże się dziś z niewiarygodnymi zbrodniami, jakich dokonywali tu żołdacy w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. Relacje o tych zbrodniach zajęłyby zapewne wielotomowe dzieło. Ograniczmy się do relacji Jerzego Górskiego.
Powstanie zastało go w domu przy Górczewskiej, w pobliżu ul. Syreny. Zaczęło się od strzelaniny w rejonie Sokołowskiej. Z Górczewskiej strzelali powstańcy. Jak wspomina Górski, nie można było wyjrzeć nawet przez okno, bo wokół furkotały kule. Z drewniaka przenieśli się do piwnicy zbudowanej tuż przed wojną czteropiętrowej kamienicy. Cała piwnica pełna była ludzi. Gdy 2 sierpnia nad ranem powstańcy zaczęli ostrzeliwać Niemców właśnie z tego budynku, podjechały niemieckie pojazdy opancerzone i zaczął się atak. Z domu pod nr. 18 lub 20 hitlerowcy wyprowadzili wszystkich mężczyzn i rozstrzelali obok torów kolejowych przy składzie żelaza Glossa. Wkrótce dotarli do domu, w którym schroniła się rodzina Górskiego. Wygnali wszystkich z piwnicy. Kazali trzymać ręce w górze. "Z gromady wybrali trzech mężczyzn i ustawili przed czołgiem. W pewnej chwili podeszli do mego ojca, który trzymał na rękach moją dwuletnią siostrzyczkę. Zabrali ją ojcu, a jego postawili jako czwartego. Matka mało nie zemdlała. Zaczęła rozpaczać, ale Niemiec ją odepchnął. Ojciec stanął przed czołgiem z podniesionymi do góry rękami i na moment odwrócił się, żeby nas pożegnać chociaż oczami. Czołgi ruszyły" - relacjonował Górski. Jego ojciec przeżył dzięki pomocy jakiegoś Ślązaka w niemieckim mundurze. Ten już o zmroku w trakcie usuwania pobliskiej barykady pociągnął go za rękę i kazał uciekać, mówiąc, że musi żyć, bo ma dużo dzieci.
Masowe mordy zaczęły się, gdy do piwnicy wkroczyli żołdacy kolaboracyjnej Ruskiej Oswoboditielnej Narodnej Armii (RONA). "Pijani własowcy odliczali po dziesięć osób i zabierali na Moczydło, gdzie dokonywali egzekucji, doszczętnie rabując wszystkich ze złota i kosztowności. Cofałem się, myślałem, że może jakoś ucieknę, ale było to nieprawdopodobne. Pogodziłem się z losem i posuwałem do przodu. W pewnej chwili od miasta nadjechał motocykl z jakimiś niemieckimi oficerami, którzy odwołali egzekucję, a ocalałych zaczęli pędzić w kierunku magazynów Bielidła przy Górczewskiej 51" - czytamy. Jak się okazało, jego rodzina miała ogromne szczęście. Wszyscy spotkali się jeszcze na Górczewskiej, skąd zostali popędzeni dalej, do obozu w Pruszkowie.
Młynów bez wieży
Niemcy spalili większość budynków przy Górczewskiej. Po drewnianej zabudowie nic nie pozostało. Wyposażenie fabryk okupanci wywieźli, a hale zniszczyli. Po wojnie wyremontowano uszkodzoną zabudowę murowaną z XX w. Zakładów przemysłowych jednak nie odbudowywano. Na przełomie lat 40. i 50. rozpoczęto tu bowiem budowę całej dzielnicy mieszkaniowej Młynów, w której według ówczesnych zamierzeń miało zamieszkać ok. 50 tys. osób. W przeważającej mierze robotników nowych wielkich fabryk wolskich. Sama zachodnia część Warszawy aż do końca PRL-u miała zgodnie z założeniami propagandy kontynuować tradycje "czerwonej Woli". Młynów według zamierzeń planistów rozciągałby się od Wolskiej po Obozową i od Młynarskiej po linię obwodową kolei. Najbardziej widowiskowa miała być jednak zabudowa tzw. Młynowa IV-V zaprojektowanego przez zespół architektów J. Guzickiej i Michała Przerwy-Tetmajera. Poza megablokami mieszkalnymi urbaniści zaplanowali tu dziewięć żłobków, dziesięć przedszkoli, dwie świetlice robotnicze, monumentalny gmach teatru robotniczego i Dzielnicowego Domu Społecznego. Wszystko miał przyćmić gigantyczny blok usytuowany wzdłuż parzystej (północnej) strony Górczewskiej i nieparzystej strony Płockiej (po przekątnej do szpitala).
Jak podkreślała ówczesna prasa, rozwiązania przestrzenne i funkcjonalne osiedla inspirowane były doświadczeniami radzieckimi. Jednak zewnętrzny wygląd budynków nawiązywał w sposób bardzo dosłowny do polskiego renesansu. Pomimo rozmiarów budynków rozdętych do ogromnej skali detal renesansowy nie miał być stylizacją.
- Stosujemy motywy renesansowe w takiej formie, w jakiej występowały one w XVI i XVII wieku. Stylizacja polegająca na zniekształcaniu i upraszczaniu form historycznych prowadzić może do wulgaryzacji i dziwactw oraz błędów secesji, jakich przykłady niekiedy można wskazać w nowym budownictwie warszawskim - przekonywał Przerwa-Tetmajer. Sami jednak popadali w groteskowość. Megablok u zbiegu Górczewskiej i Płockiej miała wieńczyć ogromna, kilkunastopiętrowa wieża o wyniosłym iglicowym dachu otoczona dodatkowo czymś w rodzaju korony w formie attyki grzebieniowej. Attyki miały też wieńczyć boczne skrzydła budynku. Architekci wprowadzili też arkady, loggie, hełmy - jakby zaczerpnięte z zabytków Kazimierza nad Wisłą, krakowskich Sukiennic czy kamienic przy warszawskim Rynku Starego Miasta. Tyle tylko że skala zabytków i nowych budynków była nieporównywalna. Gdyby blok powstał, byłby zapewne najbardziej niezwykłą budowlą warszawskiego socrealizmu obok Pałacu Kultury i budynku Ministerstwa Rolnictwa przy Wspólnej.
Ta renesansowa kreacja spotkała się jednak z ogromną krytyką architektów, choć oficjalnie projektanci wyróżnieni zostali wówczas honorową nagrodą na I Krakowskiej Naradzie Architektów w 1953 r. Jednak przed 1956 r. budowy nie zaczęto. W dobie odwilży o realizacji projektu nie było już mowy, a na północ od Górczewskiej powstały nowe, całkiem już banalne bloki o skromnej architekturze, w której tylko tu i ówdzie pobrzmiewają echa socrealizmu.
Robotnicy z bloków
Mimo to przed 1939 r. pejzaż ulicy nie był porywający. W zabudowie, zwłaszcza w zachodniej części Górczewskiej, niedaleko wiaduktu kolejowej linii obwodowej przeważały drewniane domy - parterowe i jednopiętrowe.
"Tu w jednej izbie mieszkało kilka osób. Zawsze wionęło smrodem, bo nieczystości wylewało się do rynsztoka. W naszym podwórku mieszkało też kilka rodzin robotniczych" - czytamy we wspomnieniach Jerzego Górskiego na łamach "Kroniki Warszawy" z 1977 r.
Górczewska była po prostu zapleczem przemysłowej Woli. Jak pisze Jarosław Zieliński w "Atlasie dawnej architektury ulic warszawskich", pierwszy, duży zakład przemysłowy przy ulicy powstał w 1899 r. Była to fabryka Towarzystwa Akcyjnego Drezdeńskiej Manufaktury Tiulu, Koronek i Firanek. Wznosiła się pod nr. 14 pomiędzy ul. Tyszkiewicza a północnym odcinkiem Płockiej, nieomal vis-a-vis zachowanej do dziś kolonii Wawelberga. Od frontu stały tu niewielkie zabudowania administracyjne, za to w głębi, za niewielkim podwórkiem ciągnęły się długie hale produkcyjne.
W latach międzywojennych, w rejonie wiaduktu kolejowego aż roiło się od fabryk. Wymieńmy tylko niektóre: Fabryka Konstrukcji Żelaznych pod nr. 53, wojskowe Warsztaty 3. Baonu Pancernego pod nr. 44a czy Fabryka Uszczelnień Wyrobów Azbestowych i Gumowych R. Tschakert i Ska. pod nr. 62.
Najbardziej znana była chyba wspomniana już kolonia Wawelberga. Ceglane bloki wzniesione z inicjatywy Hipolita i Ludwiki Wawelbergów były pierwszą w Warszawie kolonią robotniczą z bogatym programem społecznym. Były też próbą zapewnienia robotnikom tanich mieszkań dopiero ćwierć wieku później powtórzoną na wielką skalę przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową i Towarzystwo Osiedli Robotniczych. Wolską kolonię złożoną z czterech identycznych czteropiętrowych bloków uzupełniała szkoła i łaźnia. Budynek szkolny nie istnieje już od dawna. Efektowną architekturę opuszczonej łaźni ze szczytami jak w średniowiecznym zamku zburzono kilka lat temu.
Kolonia Wawelberga powstała w dwóch etapach. W latach 1898-99 stanęły dwa pierwsze bloki z 88 i 90 mieszkaniami. 60 proc. z nich składało się z dwóch pokojów. Jak się okazało, było to zbyt drogo dla robotników. Kolejny, trzeci blok (od ul. Wawelberga) zbudowano w latach 1899-1900. Liczył on 131 mieszkań mniejszych, jednoizbowych.
Dodajmy, że Hipolit Wawelberg - finansista i filantrop - był właścicielem banku, a także inicjatorem założenia słynnej Szkoły Mechaniczno-Technicznej. Kolonię przy Górczewskiej ufundował z żoną Ludwiką rok przed śmiercią. W budynkach mieszkali zarówno Żydzi, jak i Polacy. Z jego domów nikogo nie można było wyrzucić na bruk.
Bieda w drewniakach
Mieszkanie u Wawelberga dla ubogich rodzin robotniczych było niewątpliwie wyróżnieniem. Zwłaszcza w ciężkich czasach tuż po pierwszej wojnie światowej, kiedy w Warszawie panował ogromny głód mieszkaniowy.
Wspominał o tym Jerzy Górski: "Urodziłem się w 1928 r. w rodzinie robotniczej. Razem z innymi rodzinami robotniczymi i biedotą mieszkaliśmy w drewniaku na Górczewskiej. W naszym mieszkaniu na powierzchni 16 m kw. gnieździło się dziesięć osób: rodzice, pięcioro rodzeństwa oraz sublokatorzy, których brała matka, gdy nie było na zapłacenie komornego. Ojciec nie zawsze miał pracę. W domu była bieda" - czytamy.
Pod koniec lat 30. sytuacja ekonomiczna zaczęła się poprawiać i ojciec Jerzego Górskiego dostał pracę w wielkich zakładach Lilpop, Rau i Loewenstein przy ul. Bema. Wypłatę dostawał raz w tygodniu, w sobotę. Tego dnia, wracając do domu, zawsze kupował dla całej rodziny bułki lub rogale. Były zbyt drogie, by mógł sobie na nie pozwolić w dzień powszedni.
"Na co dzień jadło się suchy chleb lub chleb ze smalcem. Po powrocie ze szkoły braliśmy z kolegą stare kubełki i szliśmy na okoliczne pola i place zbierać szkło, które potem sprzedawaliśmy w składzie złomu, by kupić sobie kajet lub cukierki. W niedzielę, gdy była pogoda, chodziliśmy całą rodziną do lasu na Koło. Ojciec brał mandolinę, kolega ojca gitarę i grali modne wówczas przeboje. Starsi tańczyli, a myśmy hasali po lasku" - wspominał Górski.
Jarosław Zieliński skrupulatnie ustalił, że już w 1910 r. odcinek Górczewskiej między Młynarską a Płocką otrzymał oświetlenie elektrycznymi lampami łukowymi zasilanymi z elektrowni wolskiej, a w 1911 r. - także kanalizację i wodociąg.
Bardziej intensywna i prawdziwie nijaka zabudowa Górczewskiej zaczęła się dopiero na przełomie lat 20. i 30. W 1928 r. stanął m.in. dom starców dla inteligencji żydowskiej, a wkrótce na rogu Płockiej przytułek dla opuszczonych dzieci żydowskich. W połowie lat 30. tuż obok, wzdłuż Płockiej (Płocka 26/30), powstał duży kompleks nowego Szpitala Wolskiego przeniesionego z ul. Wolskiej.
We wrześniu 1939 r. gdzieś na rogu Górczewskiej i Płockiej pozostał ogromny lej po bombie. Po kapitulacji Warszawy polscy żołnierze wrzucali do niego broń, by nie dostała się ona w ręce Niemców.
Tragedia Woli
Zagładę ulicy i tysięcy jej mieszkańców przyniosło dopiero Powstanie Warszawskie. Niemal każdy adres wiąże się dziś z niewiarygodnymi zbrodniami, jakich dokonywali tu żołdacy w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. Relacje o tych zbrodniach zajęłyby zapewne wielotomowe dzieło. Ograniczmy się do relacji Jerzego Górskiego.
Powstanie zastało go w domu przy Górczewskiej, w pobliżu ul. Syreny. Zaczęło się od strzelaniny w rejonie Sokołowskiej. Z Górczewskiej strzelali powstańcy. Jak wspomina Górski, nie można było wyjrzeć nawet przez okno, bo wokół furkotały kule. Z drewniaka przenieśli się do piwnicy zbudowanej tuż przed wojną czteropiętrowej kamienicy. Cała piwnica pełna była ludzi. Gdy 2 sierpnia nad ranem powstańcy zaczęli ostrzeliwać Niemców właśnie z tego budynku, podjechały niemieckie pojazdy opancerzone i zaczął się atak. Z domu pod nr. 18 lub 20 hitlerowcy wyprowadzili wszystkich mężczyzn i rozstrzelali obok torów kolejowych przy składzie żelaza Glossa. Wkrótce dotarli do domu, w którym schroniła się rodzina Górskiego. Wygnali wszystkich z piwnicy. Kazali trzymać ręce w górze. "Z gromady wybrali trzech mężczyzn i ustawili przed czołgiem. W pewnej chwili podeszli do mego ojca, który trzymał na rękach moją dwuletnią siostrzyczkę. Zabrali ją ojcu, a jego postawili jako czwartego. Matka mało nie zemdlała. Zaczęła rozpaczać, ale Niemiec ją odepchnął. Ojciec stanął przed czołgiem z podniesionymi do góry rękami i na moment odwrócił się, żeby nas pożegnać chociaż oczami. Czołgi ruszyły" - relacjonował Górski. Jego ojciec przeżył dzięki pomocy jakiegoś Ślązaka w niemieckim mundurze. Ten już o zmroku w trakcie usuwania pobliskiej barykady pociągnął go za rękę i kazał uciekać, mówiąc, że musi żyć, bo ma dużo dzieci.
Masowe mordy zaczęły się, gdy do piwnicy wkroczyli żołdacy kolaboracyjnej Ruskiej Oswoboditielnej Narodnej Armii (RONA). "Pijani własowcy odliczali po dziesięć osób i zabierali na Moczydło, gdzie dokonywali egzekucji, doszczętnie rabując wszystkich ze złota i kosztowności. Cofałem się, myślałem, że może jakoś ucieknę, ale było to nieprawdopodobne. Pogodziłem się z losem i posuwałem do przodu. W pewnej chwili od miasta nadjechał motocykl z jakimiś niemieckimi oficerami, którzy odwołali egzekucję, a ocalałych zaczęli pędzić w kierunku magazynów Bielidła przy Górczewskiej 51" - czytamy. Jak się okazało, jego rodzina miała ogromne szczęście. Wszyscy spotkali się jeszcze na Górczewskiej, skąd zostali popędzeni dalej, do obozu w Pruszkowie.
Młynów bez wieży
Niemcy spalili większość budynków przy Górczewskiej. Po drewnianej zabudowie nic nie pozostało. Wyposażenie fabryk okupanci wywieźli, a hale zniszczyli. Po wojnie wyremontowano uszkodzoną zabudowę murowaną z XX w. Zakładów przemysłowych jednak nie odbudowywano. Na przełomie lat 40. i 50. rozpoczęto tu bowiem budowę całej dzielnicy mieszkaniowej Młynów, w której według ówczesnych zamierzeń miało zamieszkać ok. 50 tys. osób. W przeważającej mierze robotników nowych wielkich fabryk wolskich. Sama zachodnia część Warszawy aż do końca PRL-u miała zgodnie z założeniami propagandy kontynuować tradycje "czerwonej Woli". Młynów według zamierzeń planistów rozciągałby się od Wolskiej po Obozową i od Młynarskiej po linię obwodową kolei. Najbardziej widowiskowa miała być jednak zabudowa tzw. Młynowa IV-V zaprojektowanego przez zespół architektów J. Guzickiej i Michała Przerwy-Tetmajera. Poza megablokami mieszkalnymi urbaniści zaplanowali tu dziewięć żłobków, dziesięć przedszkoli, dwie świetlice robotnicze, monumentalny gmach teatru robotniczego i Dzielnicowego Domu Społecznego. Wszystko miał przyćmić gigantyczny blok usytuowany wzdłuż parzystej (północnej) strony Górczewskiej i nieparzystej strony Płockiej (po przekątnej do szpitala).
Jak podkreślała ówczesna prasa, rozwiązania przestrzenne i funkcjonalne osiedla inspirowane były doświadczeniami radzieckimi. Jednak zewnętrzny wygląd budynków nawiązywał w sposób bardzo dosłowny do polskiego renesansu. Pomimo rozmiarów budynków rozdętych do ogromnej skali detal renesansowy nie miał być stylizacją.
- Stosujemy motywy renesansowe w takiej formie, w jakiej występowały one w XVI i XVII wieku. Stylizacja polegająca na zniekształcaniu i upraszczaniu form historycznych prowadzić może do wulgaryzacji i dziwactw oraz błędów secesji, jakich przykłady niekiedy można wskazać w nowym budownictwie warszawskim - przekonywał Przerwa-Tetmajer. Sami jednak popadali w groteskowość. Megablok u zbiegu Górczewskiej i Płockiej miała wieńczyć ogromna, kilkunastopiętrowa wieża o wyniosłym iglicowym dachu otoczona dodatkowo czymś w rodzaju korony w formie attyki grzebieniowej. Attyki miały też wieńczyć boczne skrzydła budynku. Architekci wprowadzili też arkady, loggie, hełmy - jakby zaczerpnięte z zabytków Kazimierza nad Wisłą, krakowskich Sukiennic czy kamienic przy warszawskim Rynku Starego Miasta. Tyle tylko że skala zabytków i nowych budynków była nieporównywalna. Gdyby blok powstał, byłby zapewne najbardziej niezwykłą budowlą warszawskiego socrealizmu obok Pałacu Kultury i budynku Ministerstwa Rolnictwa przy Wspólnej.
Ta renesansowa kreacja spotkała się jednak z ogromną krytyką architektów, choć oficjalnie projektanci wyróżnieni zostali wówczas honorową nagrodą na I Krakowskiej Naradzie Architektów w 1953 r. Jednak przed 1956 r. budowy nie zaczęto. W dobie odwilży o realizacji projektu nie było już mowy, a na północ od Górczewskiej powstały nowe, całkiem już banalne bloki o skromnej architekturze, w której tylko tu i ówdzie pobrzmiewają echa socrealizmu.
Najczęściej czytane24 htydzień
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Co Donieck ma lepszego od Warszawy? Nie tylko Stadion!
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


