Baron u księżnej

JERZY S. MAJEWSKI
07.01.2011 aktualizacja: 2011-01-07 14:12
A A A Drukuj
Wdwóch pokojach pensjonatu Laury Colonna-Walewskiej mieszkał utracjusz - baron Weyssenhoff. Kiedyś bogaty, opromieniony sławą pisarza. Teraz zubożały, choć wciąż doceniany
"Drogi mój Kociu. (...) Pewnie Ci Ciocia o oświadczynach, o zaręczynach, o projekcie ślubu w październiku już mówiła, ja nie faktem, a uczuciem z Tobą pragnę się podzielić. Kiedym jej powiedział, że ją kocham, odpowiedziała tylko, że kocha mnie od dawna, odpowiedziała stanowczo tak, że czułem, jak dusza jej w moją się przelewa - i nic mi zrazu nie powiedziała więcej, tylko zachwiała się i oparła się mocno na moim ręku. (...) Było to wGrotach, w willi pod Warszawą, w noc księżycową, w alei pod szpalerem lip" - pisał w lipcu 1885 r. Józef Weyssenhoff wliście do swego kuzyna Konstantego M. Górskiego.

Czwarty rozbiór

Wybranką 25-letniego ziemianina była Aleksandra, jedna z pięknych córek Jana Blocha - właściciela bajecznej fortuny, finansisty i króla dróg żelaznych. Dla Blocha, plutokraty żydowskiego pochodzenia, mariaż córki z ziemianinem oznaczał pewien awans społeczny. Dla Weyssenhoffa - dostęp do, zdawałoby się, niewysychającego źródła gotówki.

Dodajmy w tym miejscu, że Weyssenhoff nieco wcześniej otrzymał kosza.

Zacytujmy tu fragment książki "Jan Bloch" Ryszarda Kołodziejczyka. "Weyssenhoffowi w wirze zabaw i polowań w kręgu hrabiego Gucia przyszło gorzko przeżyć zawód miłosny. Uosobienie męskiego wdzięku, nie bez słuszności uważany przez współczesnych za jednego z najbardziej urodziwych mężczyzn - co potwierdza zbiorowa fotografia z balu kostiumowego w Jabłonnie, gdzie Weyssenhoff wystąpił w mundurze ułana Księstwa Warszawskiego - miał niebywałe powodzenie u kobiet. Do małżeństwa z ukochaną przezeń Biszetką Radziwiłłówną, gdyż ona była wybranką serca, dojść nie mogło. Mimo wszystko zbyt wielki był dystans pomiędzy tzw. pozycją majątkową dziedzica zadłużonych już wtedy Samoklęsk a przedstawicielką najwyższej elity arystokratycznej ówczesnej Polski, ba, nawet Europy" - czytamy.

Ślub Weyssenhoffa z Blochówną miał miejsce u warszawskich wizytek 30 września 1885 r. Wesele odbyło się w pałacu Blocha przy Marszałkowskiej. Arystokraci spotkali się na nim z warszawską plutokracją. Kryzys małżeński nadszedł po ośmiu latach względnie spokojnego życia. "Józio po scenie domowej wyszedł do klubu. Sprowadzamy go i idziemy do Brühla na ostrygi. Józio czyta swoją powieść i wraca do klubu" - notował Górski w 1893 r.

"Omyłka była, zdaje się, obopólna - pisał Adam Grzymała-Siedlecki. - Ona, natura stateczna, żądna ładu życiowego, pomyliła się, wybierając za męża niewyszumiałego pędziwiatra. On - że żenił się w ogóle".

W1895 r. Sąd Arcybiskupi w Warszawie ogłosił separację. Zdaniem Kołodziejczyka o tej decyzji przesądziła głośna sprawa przegranej w karty Weyssenhoffa w petersburskim Yacht Clubie. Gdy przegrał 400 tys. rubli, do księcia Borysa Włodzimierzowicza ktoś przy stoliku miał rzec: "Czwarty rozbiór Polski". Jego teść Bloch nie uznawał długów karcianych. 400 tys. nie wypłacił. Baron musiał go pokryć ze sprzedaży Samoklęsk.

Za wspólną fasadą

Wróćmy jednak na Ordynacką. Weyssenhoff mieszkał tu wiele lat po swej karcianej klęsce w Petersburgu - bo wczasie pierwszej wojny światowej. Budynek częściowo istnieje do dziś. Gdy powstał w latach 1911-12, był jedną z największych, a jednocześnie najbardziej wytwornych kamienic warszawskich swojej epoki.

O przystąpieniu do budowy prasa poinformowała już w początku 1911 r. Zaczęto od rozbiórki niskich zabudowań ciągnących się u zbiegu Okólnika oraz Ordynackiej. Burzono też zabudowania wznoszące się po północnej stronie ulicy - wąwozu - jaką była ul. Szczygla. Posesje były własnością księżnej Czartoryskiej.

"Po rozbiórce rozpoczęta będzie budowa gmachu mieszkalnego o5 piętrach od ul. Ordynackiej z drugim frontem od Okólnika i trzecim od ogródka, w którym pośrodku wzniesiony będzie pawilon piętrowy na pomieszczenie biblioteki". Wspomnianą bibliotekę zbudował na posesji kupionej od Marii Wodzińskiej Edward hr. Krasiński. Jej gmach główny wraz z dwiema kamienicami czynszowymi oficynami otoczony był kamienicami księżnej Lubomirskiej. Powstał też nieco później. Tymczasem kamienice Lubomirskiej stały jeszcze przed końcem 1912 r.

Już we wrześniu 1912 r. w prasie pojawiły się ogłoszenia: "W nowo wybudowanym domu są jeszcze do wynajęcia od 1 października 4-, 5- i 6-pokojowe mieszkania z wszelkimi wygodami. Wiadomość na miejscu lub w zarządzie księstwa Czartoryskich na Krakowskie Przedmieście 7" - czytamy.

Przyjrzyjmy się bliżej kamienicy u zbiegu Ordynackiej i Okólnika. Od Okólnika miała numer 11 i 11a (od Ordynackiej nr 5). Wraz z biblioteką Krasińskich oraz domem Lubomirskiej pomiędzy Szczygla a Okólnikiem (dziś znajduje się w tym miejscu alejka wparku przed Akademią Muzyczną) stanowiły one jedną całość.

Były to budynki pięciopiętrowe o mocno uproszczonej, klasycyzującej architekturze. Kompozycyjnie całość wspierała się na potężnej, boniowanej partii cokołowej o dwóch kondygnacjach, a ostatnie, piąte piętro odcięte było wydatnym gzymsem kordonowym. Wystrój architektoniczny elewacji uzupełniały drobne elementy sztukatorskie elewacji, dekoracje balustrad balkonowych. Kamienice przy Okólniku 11 i narożna - 11a / Ordynacka 5 tworzyły niejako dwa odrębne budynki z własnymi podwórkami studniami i oddzielonymi wejściami, za to ukrytymi za wspólną fasadą.

Nie dla panienek "Soból i panna" Już w 1914 r. w narożnej kamienicy Okólnik 11a / Ordynacka 5 swój pensjonat reklamowała Laura Colonna- Walewska. Mieścił się na piątym piętrze. Miał 20 pokoi wraz z umeblowaniem oraz pomieszczenia wspólne - takie jak rodzaj świetlicy czy jadalnia. Pani Walewska swoim gościom zapewniała śniadania, obiady i kolacje. Jak zapewniała w reklamach - było to jedzenie wykwintne. Jednak też sam pensjonat należał do wytwornych, powstał przed pierwszą wojną światową zapewne zmyślą o przyjmowaniu tu głównie dam z majątków ziemskich odwiedzających Warszawę. Wkrótce jednak wybuchła pierwsza wojna światową i przed sierpniem 1915 r. w pensjonacie zatrzymali się też ci, którzy uciekali z terenów ogarniętych działaniami wojennymi.

Inni przychodzili tu po prostu na obiady. Do tych ostatnich należeli rodzice Janiny Lasockiej. Podczas tych obiadów spotykała się ona z rezydentem pensjonatu Józefem Weyssenhoffem. „Widywaliśmy się codziennie i wprędce stosunki towarzyskie zacieśniły się do przyjacielskich. Ponieważ mieszkaliśmy blisko pod nr 9, autor »Sobola i panny « stał się wkrótce poufałym gościem w domu rodziców” - wspominała Lasocka na łamach „Stolicy” z 1968 r.

Gdy jesienią 1914 r. spod Warszawy wycofali się Niemcy, Weyssenhoff natychmiast ruszał na pobojowiska. "Towarzyszyliśmy mu w tych zbierackich wycieczkach. Weyssenhoff zbierał do swej kolekcji rozmaite części porzuconego ekwipunku niemieckiego, a mianowicie broń, odznaki, ordery, pikielhauby. Pamiętam, że w mieszkaniu Weyssenhoffa cała ściana pokryta była półkami dźwigającymi te zbiory. Miał jednak jeszcze inne zbiory, cenniejsze polonika, materiały archiwalne do dziejów XVIII stulecia. Lwia ich część dostała się do rąk antykwariusza ze Świętokrzyskiej - Przeworskiego, a resztki bogate, bo zawierające 60 tek materiałów historycznych, kupił później Edward Krasiński i włączył do Biblioteki Ordynackiej (...)" - wspominała Lasocka na łamach "Stolicy" z1968 r. Dodajmy, że to na podstawie tych zbiorów ilustracje do powieści Weyssenhoffa sporządzał jego brat Henryk, który był malarzem.

Janina Lasocka wspominała, że Weyssenhoff pomagał jej w odrabianiu lekcji. Chwalił wypracowania, tylko przestrzegał: „Będą kiedyś z ciebie ludzie, tylko nie wychodź za mąż. No cóż? Zakochałam się iwyszłam” - pisała. Gdy pokazała mu swój młodzieńczy wiersz - wybrał się z nią do redakcji „Kuriera Warszawskiego”, gdzie został opublikowany. Na upamiętnienie tego debiutu literackiego postanowił podarować jej swoją książkę z dedykacją. Miało to być jego głośnie dzieło „Soból i panna” (1911) z ilustracjami Henryka Weyssenhoffa. Jednak jak pisała Lasocka, „sejm rodzinny orzekł bezapelacyjnie, że »Soból i panna « jest książką zupełnie nieodpowiednią dla panienek. Musiałam tedy poprzestać na małej, ślicznie zresztą wydanej noweli zatytułowanej »Za błękitami «” - pisała.

Pozostały tylko oficyny

Wlatach międzywojennych w tej samej kamienicy u zbiegu Okólnika i Ordynackiej mieszkał polityk narodowej demokracji i dwukrotny premier IIRP Władysław Dominik Grabski. "Kolegując się z jego synem, bywałem od czasu do czasu ich gościem. Władysław Jan (najstarszy syn premiera) w tym czasie akurat wydał doktorską rozprawę o Fourierze i jego Falansterze. Jakiś czas potem dedykowali mi egzemplarz jednej ze swoich książek z miłą dedykacją" - czytamy na łamach "Stolicy" z 1960 r. Jak przypominał sobie Eugeniusz Szermentowski, "żona premiera Katarzyna z Lewandowskich Grabska była uroczą panią domu. Wich salonie stała, pamiętam, ogromna palma i pani domu opowiadała mi o swoich podróżach z synami do Italii" - pisał.

Wśród innych mieszkańców kamienicy księżnej Czartoryskiej znajdujemy m.in. jednego z najbardziej cenionych ówcześnie w Warszawie kolekcjonerów znaczków pocztowych Zygmunta Hirszbanda oraz Leonię z Goldstandów Łubieńską.

We wrzeniu 1939 r. narożnik kamienicy do wysokości drugiego piętra rozłupała bomba lub pocisk artyleryjski. Budynek jednak prowizorycznie odbudowano. Kilka lat później w1944 r. zawalił się niemal cały front kamienicy noszący numer 11. Przetrwały jednak jego oficyny. Posiekane kulami elewacje, wielkie ceglane łaty w miejscu odbudowanych kurów straszyły aż do 1994 r., kiedy to kamienicę ponownie otynkowano. Po wojnie nie odbudowano już jednak frontu zwalonego w czasie Powstania. Jego pozostałością są murki ujmujące zieleniec - pozostałość granitowego cokołu otaczającego cały budynek. _

Podziel się