
Do rozwoju Ochoty, która swoją nazwę wywodzi od karczmy u zbiegu Grójeckiej i Kaliskiej, przyczyniło się powstanie Filtrów w drugiej połowie XIX w. i budowa Szpitala Dzieciątka Jezus przy ul. Lindleya w 1901 r. W dwudziestoleciu międzywojennym osiedliło się tu wielu mieszkańców. Nadal powstaje tu sporo nowych osiedli i pojedynczych domów. Wprowadzają się do nich głównie młodzi ludzie. Swoje dzieci mogą wysłać do dwóch żłobków, 21 przedszkoli i 29 szkół. A co z czasem wolnym? Na Ochocie jest kilka urokliwych miejsc przyjaznych rodzicom i dzieciom.

Spacer możemy zacząć na dowolnym placu starego Żoliborza i modyfikować trasę według uznania. To żadna różnica, w którą pójdziemy stronę. Stary Żoliborz ma niepowtarzalny klimat. Na każdym kroku stykamy się tu z historią, odnajdujemy pamiątkowe tablice, pomniki, dziury po kulach w murach domów. Gdy odejdziemy w bok od głównych ulic, znajdziemy się nagle w innym świecie. Łatwo zapomnieć, że jesteśmy w Warszawie. Jest tu spokojnie i cicho, zielono i bardzo klimatycznie. Jedyne, co pozostawia do życzenia, to krzywe chodniki i wysokie krawężniki.

Sadyba kojarzy się z centrum handlowym i trójwymiarowym kinem przy Powsińskiej. Tymczasem wystarczy odejść parę kroków od tej - jak mawiał nasz Antoś - „hałaśnej” ulicy, by znaleźć się w innym mieście. A właściwie w małym miasteczku.

W czasach mojego dzieciństwa nikt nie myślał, jak ułatwić życie świeżo upieczonym rodzicom. Moja mama miała ważniejsze problemy na głowie (prozaiczne: zdobyć mleko, strategiczne: dotrzeć na ósme piętro z wózkiem, oseskiem i dwulatką, gdy znów zepsuje się winda), chodziłyśmy więc na spacery tam, gdzie było miło i ładnie, ale niekoniecznie wygodnie, bo takiego miejsca ze świecą trzeba było szukać.

Przemierzałam tę trasę wielokrotnie i w rozmaitych wariantach. Już jako mama wracałam tu z moją kilkumiesięczną córeczką do atmosfery czasów studenckich, bliskości biblioteki, księgarni i ulubionej kawy. Okolice kampusu były wymarzonym miejscem spotkań z bliskimi, którzy pracują na Uniwersytecie Warszawskim.